Karp dla leniwych

Składniki:

  • karp jeden lub dwa
  • sól
  • mąka
  • bułka tarta
  • jajka
  • kilka marchewek
  • kilka pietruszek
  • cebula
  • pieprz czarny ziarnisty, listek bobkowy, przyprawy do smaku wedle uznania

Karp pieczony (dla leniwych)

Karpiom (jeśli jest więcej niż jeden) obcinamy łby, jeśli znajdują się w ich posiadaniu. Jeśli nie, to nie. Łbów nie wyrzucamy, a jeśli karp był oprawiany przy nas prosimy sprzedawcę o kilka (pięć, sześć). Patroszymy bacząc, by nie przebić woreczka żółciowego (znajduje się w dolnej części brzucha). Nie odcinamy ani płetw, ani ogona. Wnętrzności także nie wyrzucamy poza oczywiście żółcią, półprzeźroczystym, białym tłuszczem i odchodami. Można oddzielić mleczko lub ikrę (jeśli są) i usmażyć osobno, jeśli ktoś lubi. Gotowe ryby kilkukrotnie płuczemy i nacieramy solą, najlepiej za pomocą twardej szczoteczki ryżowej, aż będzie biały. Oczywiście nie jest to zabieg konieczny, ale takie nacieranie sprawi, że ryby nie trzeba będzie dosalać na talerzu. Równie dobrze można ryby po prostu posolić zachowując umiar. Do brytfanki wlewamy trochę oleju i rozprowadzamy po dnie. Może być smalec, jeśli ktoś lubi. Włączamy piekarnik na ok. 200°C.

Tak spreparowanego karpia obtaczamy mąką. Na płaskim talerzu rozbijamy jajka (na jednego karpia jedno może być za mało) i oprószone mąką ryby panierujemy bułką tartą. Dzięki temu panierka będzie mniej skłonna do przyklejania się do brytfanki i pozostanie wierna rybie. Pieczemy ok. 20-30 minut po czym obracamy i pozostawiamy na kolejne 20-30 minut. Czas pieczenia jest bardzo orientacyjny ponieważ zgodnie z rodzinną tradycja praktykowaną odkąd sięgam pamięcią wszystko robiło się w domu na oko. Najlepszym sprawdzianem jest stan ogona. Jeśli jest ciemnobrązowy i kruchy, to znaczy, że już. Taki nadpalony ogon i płetwy to przysmak domowy.

 

Karp w galarecie

Karpia pozbawiamy płetw i ogona — najwygodniej jest to zrobić nożyczkami — i kroimy na dzwonka. Do garnka wrzucamy łby, podroby, marchewkę, pietruszkę, cebulę i zalewamy wodą. Wody musi być sporo. Gotujemy na wolnym ogniu dwie do trzech godzin bacząc, by woda nie odparowała. Gdy uznamy, że wystarczy tego gotowania wywar scedzamy, wyławiamy marchewkę i układamy na dnie pustego garnka. Można oczywiście użyć świeżej. Dodajemy cebulkę, kilka ziarenek pieprzu, listek bobkowy, zioła do smaku. Na marchewce układamy dzwonka ryby i zalewamy wszystko scedzonym wywarem. I znowu wszystko gotujemy na małym ogniu minimum godzinę.

Długość gotowania zależy od tego jaki efekt chcemy osiągnąć. Jeśli w domu są małe dzieci, które źle sobie radzą z ośćmi, warto gotować dłużej. To spowoduje, że ości zmiękną i można będzie nie zawracać sobie nimi głowy. Nie ma obawy, żeby ryba się rozleciała, smak też się nie pogorszy. Należy tylko baczyć, by wywar nie odparował. Jest to istotne z tego względu, że wywar będzie galaretą. Im obficiej rozcieńczany,  tym delikatniejsza galareta. W skrajnym przypadku będzie tak delikatna, że w temperaturze pokojowej w ogóle nie zetnie. Wtedy nie pozostaje nic innego jak dodać nieco żelatyny. Nie za dużo, bo cały urok tak przyrządzonej ryby to właśnie rozpływająca się w ustach, delikatna galaretka.

Ten przepis nie jest dla tych, którzy rybę muszą mieć pięknie ułożoną, przystrojoną liśćmi i ozdobami, każde dzwonko w osobnej salaterce. Ryba pozostaje w garnku, w którym się gotowała i każdy kto ma ochotę wyławia sobie tyle, ile chce i kiedy chce biorąc taką ilość galarety, na jaką ma ochotę. Albowiem tak się już od dawna utarło, że wszystkie potrawy przygotowywane są przed wigilią. W święta każdy je to, na co ma ochotę, nie ma śniadania, obiadu ani kolacji.

Dodaj komentarz


komentarzy: 8

  1. Piszę po raz drugi, bo w kosmos uszło pierwsze. Zachwyciły mnie dwie rzeczy. Używane czasami piękne, a zwyczajne słowa, które zanikają, np.baczenie. Drugą sprawą jest przyrządzenie karpia w galarecie. To sposób, kiedy jeszcze żelatyny nie było. Z moim także tradycyjnym sposobem ma rzecz wspólną – dużo warzyw, które dają smak, poezję potrawy. Nie jakąś marchewkę, cebulę i już. No i przyprawy.

    Ze względów humanistycznych używam żelatyny. Gdy nie potrafisz zabić, nie rób tego, nawet gdy chodzi tylko o rybę! Mąż musiał być dłużej w pracy, więc postanowiłam sama uśmiercić ryby pluskające w wannie ku radości dzieci. Wzięłam ostry nóż, deseczkę i ścierkę by móc rybę przytrzymać. Zaczęłam za skrzelami, ale… nic z tego nie wyszło. By stworzenie nie męczyło się wzięłam młotek i potraktowałam je obuchem. Ryba żyła nadal. To młotkiem z drugiej strony obucha walnęłam od grzbietu trzy razy. Zrobiła się dziura, a karp otwierał nadal pyszczydło. Wolę nie wiedzieć, co… tam za myśli leciały.

    Na szczęście w kuchni nie było dzieci i nie dostały złego przykładu. Były ciekawe jak to będzie, ale starodawnym zwyczajem dostały po razie „rybi chlast”, czyli rybim ogonem po policzku. Nie chciały takich obowiązkowych trzech razy.

    Zostawiłam biedaka, przygotowałam gar na galaretę z ugotowanymi warzywami i przyprawami. Mąż zanim dostał późny obiad, musiał zabić trzech nieszczęśników. Potem to już pestka. Od tego czasu kupuję gotowe filety i używam żelatyny. Zresztą teraz nie miałabym już sił na oprawianie karpiuka. To nazwa od ludzi z kresów.

    Słowo chlast już też mało znane. Tylko w piosence dziecięcej: Chlupu, chlupu, chlastu, chlastu, nie mam rączek jedenastu, tylko mam dwie rączki małe, do roboty doskonałe.”

    W przepisie teściowej z Galicji i Londomerii, a w szczególe ze Lwowa karp był podawany po żydowsku. Gotowano około 2 kg rozdrobnionej cebuli. Taką prawie rozgotowaną przecierano przez sito łącznie z marchewkami, pietruszkami. Reszta jak u Ciebie w przepisie. Galareta była lekko brązowa, a dodane pod koniec gotowania rodzynki czyniły ją jeszcze smaczniejszą i słodszą. A babcia Jańcia z lubością objadała się rybimi głowami, ugotowanymi bez oczu.. Ale wolę karpia z Mamy przepisu. I takiego robię. Dwa karpie zjadamy z mężem na Wigilię i w pierwszy dzień świąt. Jako niechętnie jedząca mięso, praktycznie jem ryby całe święta.

    P.S. Tak bez okazji znajomy przyniósł kilkanaście dobrych ryb. Między innymi szczupaka. A że ryby były złowione poprzedniego dnia, odbyły podróż, wprawdzie niedługą, ale jednak, to nikt nie przypuszczał, że któraś oprócz węgorza żyje. Babcia zaczęła jak ja z karpiem, ale zanim zdążyła przyłożyć nóż do rozbójnika, ten skoczył i złapał żywca w postaci Babcinego wskazującego palca od lewej ręki. Otworzyć mu paszczy Babcia sama nie mogła. Wezwany sąsiad też nie mógł. W końcu odciął mu łeb, uważając by nie odciąć palucha. Palec spuchł i trzeba było iść do lekarza.

    Ryby i smaczne i niby takie niewinne, ale… lepiej uważać.

    Do zwyczajów dziecinnych należało skakanie na rybi pęcherz, który głośno pękał. Babcia wtedy mówiła: będziesz miała/miał same piątki, ale uczyć się musisz dużo. ;-) Nie ma to jak wróżby ludowe.

    1. W młodości ekscytowały mnie pływające w wodzie ryby. Ale wyławianie i oprawianie odbywało się przeważnie jak spałem. Potem kupowało się już od razu „zabite”, czyli de facto ogłuszone odważnikiem dwukilowym, miotające się później w siatce. Teraz można sobie zażyczyć zabicia i odcięcia łba. Tak robię od paru lat, proszę tylko, by nie patroszyć (ze względu na flaki do galaretki).

      1. Ojciec jadał ikry. Lekko posolone, omączone i usmażone. Ja tak zrobione mlecze wolałam. Delikates. W czasach gdy moja firma współpracowała z Japończykami, a wiosną napływające ogromne ilości śledzi do Bałtyku z Morza Północnego, powodowały ich odławianie. Dziś moje spojrzenie jest takie, że nie było to dobre dla środowiska i zmniejszało stan zarybienia. Jednak w latach 90.tych jedyną myślą było by zarobić i przetrwać.

        Odławiane śledzie były patroszone ręcznie i wyjmowano z nich ikrę, przysmak Azjatów (bardzo drogi, bo afrodyzjak). Normalnie patroszy się maszynowo, co później było też robione, a ryby szły do zamrożenia i do chłodni.

        Tu taka uwaga do słów, że musiałam się kiedyś nakraść by tak pracować. (Słowa osoby nieżyczliwej). Wszystkie urządzenia były z „demobilu”, kupowane w części Niemiec po NRD. Kupowane w upadających przetwórniach. Cały zysk szedł na spłatę kredytu na urządzenia.Praca to było 7 dni w tygodniu, dzień i noc. W takim tempie przez 3 miesiące.

        Pracownice odłożyły mi mlecze, abym wzięła je do domu. Z Japończykami – kontrolerami produkcji porozumiewaliśmy się na gesty. Gdy zobaczyli mlecze, to radośnie, chórem wołali Maria San – sex, Maria San – sex. W odpowiedzi wskazałam na ikrę i powiedziałam:Ito San sex feler i skrzywiłam się jakby brzuch mnie bolał. Oponowali. Śmiechu było sporo, a mimo, że znajomość języka polskiego i japońskiego żadna. Nauczyli się przy okazji słowa feler. Gdy przychodzili rano (bywało, że skacowani), to słyszeli sex feler? Od razu robili się żwawsi w zaprzeczeniach. Japończycy jedli ikrę na surowo, maczając ją w sosie sojowym.

        1. Ja też tak jadam ikrę, jeśli uda mi się ją zdobyć.
          Chociaż poczytać o przysmakach mogę. Jak wiesz, nie mam według Czarnej dziury honoru, bo nie mam pieniędzy na jej utrzymanie, ale na smakołyki by wystarczyło, tyle że trudno je kupić.

          1. Ikra rzeczywiście musi być ze świeżej ryby. A wspomniana osoba? Wzrusz ramionami, chociaż to niegrzeczne. Akurat pieniądze dla ludzi przyzwoitych i rozumiejących pojecie słowa honor są sprawą drugorzędną. Bardzo ułatwiają życie, ale też wypaczają charaktery.

            Niektórzy sprzedajność….uważają za dobry interes. Często gdy ciało nabierze zmarszczeń wymieniane jest na ciało bez załamań. Po prostu straciło swoje jedyne walory.

            Smoku, nie przejmuj się. Może w końcu zdecyduję się napisać o przodku, który zdobył majątek największy w powiecie i jak to się skończyło

            Ostatnio pan robiący u mnie w domu usługę, na życzenia zdrowia i dostatku, powiedział: bez nadmiaru pieniędzy. Tylko tyle by starczało. Miałem bardzo dużo i wpadłem w bardzo duże i głupie pomysły na ich wydawanie. Broń Boże nadmiaru :-)

              1. Wartości człowieka nie określa majątek. Są takie osoby, w których ręce dostał się Smok, któremu wytknięto małe dochody (czego nigdy nie ukrywał, co nie jest dopustem bożym) jakby popełnił zbrodnię.

                Wprawdzie przodkowie mówili „jak Cię widzą, tak Cię piszą” ale też „nie szata zdobi człowieka”

                Z konieczności częściej wychodziłam z domu. Tak samo i sąsiedzi. Składaliśmy sobie życzenia. Zdrowia, by starczało na wydatki, spokojnego życia. Przy okazji sąsiedzi chwalili się ” nasi Anglicy przyjadą ” albo „Nasze kochane Niemiaszki już jadą na święta”

                Powiem że wigilijne, publiczne spotkania trochę mnie zniesmaczają. Jestem pełna podziwu i szacunku dla ludzi, którzy poświęcają swój czas, czasami pieniądze by wieczerzę zrobić Ale ta jedna darmowa kolacja na ulicy, w jakiejś sali nie przypomina nic dobrego. Czym różni się od innych kolacji?

                W Krakowie po raz kolejny Wieczerzę dano setkom ludzi. Zjawił się tam Dziwisz z kropidłem. Gdyby zakasał rękawy i serwował dania z dobrym słowem i uśmiechem. Gdyby cokolwiek zrobił dla ludzi, a nie pokazał się. Celebryta, ale miejsce dla głodnych i potrzebujących nie jest do celebry odpowiednie.

                Powiem, że niedostatków nie należy się wstydzić. Niegodziwości zaś należy, czy to w słowach, czy w czynach.

                1. Ty się dziwisz, że z kropidłem Dziwisz zamiast z zakasanymi rękami? I ja się dziwię, ale nie tym, że przybiegł pokropić, ale że za to nie wziął pieniędzy. Przynajmniej oficjalnie. Poza tym na tym polega największa tajemnica wiary, że za wykpiwanie takich gestów ludzie gotowi zabijać.