Zabijajcie jak leci, Bóg kocha też dzieci

Pewne rzeczy są niezmienne. Na przykład drogowców zima zaskakuje zawsze, bez względu na ustrój. Albo weźmy taką komunikację miejską. Najstarsi pamiętają opowieści, że w czasach, gdy tramwaje były konne, to jeździły w miarę równomiernie. Potem, gdy linii przybywało, a konie zostały zastąpione pojazdami mechanicznymi odstęp między dwoma kursami pojazdów kursujących na dużych odcinkach tą samą trasą zbliżał się do zera. Jedna z hipotez głosiła, że nie da się rozkładu tak skorelować, żeby odstęp był większy, jeśli linii jest więcej niż 11. Kłam temu twierdzeniu zadała komunikacja miejska, którą uruchomiono w stolicy Podhala. Choć początkowo linii było ledwie kilka, to dwie z nich, kursujące jedną długą ulicą, jeździły pięć minut jedna po drugiej, po czym następowała minimum godzinna przerwa. W innych miastach zdarzało się, że pięć i więcej linii tłoczyło się na przystanku w tym samym czasie, po czym przez co najmniej kwadrans panował spokój. Najbardziej efektownie wyglądają ustawione jeden za drugim między przystankami tramwaje. W tej kwestii też pokutowała teza, że bez komputerów nie da się skorelować kursów. Okazało się, że z komputerami też się nie da.

Innym problemem, nierozwiązywalnym węzłem gordyjskim, jest sygnalizacja świetlna. W tym przypadku jednak plotka głosi, że światła są specjalnie tak zaprogramowane, żeby korki były jak największe. Bo co prawda państwo za ciężkie pieniądze paliwo kupuje za granicą, ale obłożyło go tak dokładnie podatkami wszelakimi, że im więcej samochody stojące w korkach spalą, tym budżet więcej zyska. Jak to działa w praktyce można przekonać się na przykładzie dwóch rond w pewnym mieście. Otóż w godzinach szczytu korek tworzący się przy jednym rondzie sięgał drugiego. Postanowiono temu zaradzić. W tym celu wyremontowano oba ronda i poszerzono jezdnie. Pomogło o tyle, że przedtem w korku stały dwa rzędy aut, a teraz cztery.

Ale nie należy popadać w czarną rozpacz. Co prawda powołane do tego instytucje nie są w stanie ani zsynchronizować komunikacji miejskiej, ani zaprogramować świateł, ale za to organizacja zarządzonych na przyszły rok przez papieża Światowych Dni Młodzieży przebiegnie sprawnie i bez zgrzytów. W najgorszym wypadku młodzież na mszę spóźni się. A ponieważ Polska to demokratyczne, i na dodatek (podobno) świeckie, państwo prawa, więc organizacją nie będzie zajmował się rząd. On tylko wyłoży kasę. Bo — jak mówi p. premier E. KopaczMy nie jesteśmy organizatorem Światowych Dni Młodzieży, ale czujemy na sobie odpowiedzialność, bo wiemy, jak wielką promocją będą te Światowe Dni Młodzieży dla Polski. W tym miejscu warto wspomnieć, że równie wielką promocją dla Polski były Mistrzostwa Europy w piłce przemieszczanej z miejsca na miejsce kopniakami Euro 2012. Tak dalece rozsławiły imię Polski, że Bashobora regularnie odwiedza Stadion Narodowy.

Po czym Dziwisz Ewkę klepie
Metropolita krakowski kardynał Stanisław Dziwisz (Foto: PAP/Radek Pietruszka)

P. premier wyliczała, że rząd poniesie koszty miedzy innymi dodatkowej obsługi medycznej, zabezpieczenia szpitali polowych, pełnej mobilizacji na izbach przyjęć i w szpitalnych oddziałach ratunkowych, 24-godzinnego czasu pracy karetek i wynajęcia ich z innych regionów, gdzie w zastępstwie chorych do szpitali będą dostarczać firmy kurierskie. Jak dodała finansowanie musi być zupełnie inne niż w ramach podpisanych kontraktów — Pieniądze, które będą dedykowane na obsługę ŚDM, znajdą się w poszczególnych resortach. Żeby jednak nie ułatwiać znajdowania podjęta została decyzja, by wizy dla uczestników ŚDM2016 były bezpłatne. A gdyby nagle podczas mszy światło zgasło, prąd pociągnie się przedłużaczem z gniazdka w Czechach.

Niestety, papież pochopnie wskazał Kraków. Gdyby przez chwilę pomyślał wybrałby Warszawę, gdzie połączenie Światowych Dni Młodzieży ze Światowymi Dniami Wskrzeszania Zmarłych i Leczenia Niedomagających na Stadionie Narodowym byłoby jeszcze lepszą promocją Polski.

Światowe Dni Młodzieży w Krakowie odbędą się pod hasłem „Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią”, a świat owe dni będzie śledził z zapartym tchem. Bowiem dzięki obecności młodych z całego świata — jak to zgrabnie ujął metropolita krakowski — to ewangeliczne błogosławieństwo z jeszcze większą mocą zabrzmi w naszym niespokojnym, często nieludzkim i niemiłosiernym świecie. Ponieważ raczej mało prawdopodobne, by młodym chrześcijanom przyszła do głowy myśl, że ewangeliczne błogosławieństwo grzmi co najmniej dwa tysiące lat, a świat nadal jest nieludzki i niemiłosierny, więc spróbujmy ich wyręczyć. W tym celu cofnijmy się w czasie o kilkaset lat.

Jest początek XIII wieku. Na południu Francji pojawiają się ruchy zmierzające do reformy Kościoła. Formuje się nowy odłam chrześcijaństwa — albigensi (od francuskiego miasta Albi). Nazywani przez przeciwników katarami głoszą idee ubóstwa, antyklerykalizmu i pacyfizmu. Papież Innocenty III* przygląda się temu z narastającym przerażeniem. Obawia się religijnej rewolucji, ataku na władzę i hegemonię Kościoła. Aby temu zapobiec ogłasza, że albigensi to groźni odszczepieńcy, równie grzeszni i „niewierni” co muzułmańscy Saraceni. Po czym organizuje krucjatę przeciwko nim. Chrześcijańscy rycerze, chcąc zasłużyć na nagrodę w niebie, nie znają litości. Zabijają mężczyzn, kobiety, dzieci. W roku 1209 dochodzi do masakry w Béziers, gdzie ginie prawie (jak podaje Wikipedia) 20.000 ludzi. Gdy dzielni chrześcijańscy rycerze zastanawiali się jak odróżnią katarów od chrześcijan, sługa boży przekonał ich, że nie muszą zaprzątać sobie tym głowy: „Zabijcie wszystkich! Bóg rozpozna swoich!”

Z jakże wielką mocą brzmią takie ewangeliczne błogosławieństwa…

 
_______________

* Próżno pod hasłem Innocenty III w Wikipedii szukać chociażby najmniejszej wzmianki o ewangelicznym błogosławieństwie, jakie papież zgotował albigensom. Ale już to co jest wystarczy, by na sam widok męża w powłóczyste szaty przyodzianego ciarki poczuć na grzbiecie.

Dodaj komentarz


komentarzy: 4

  1. Dajesz obrazki, które są bardzo intrygujące. Na co tak patrzą dwaj faceci za panią premier? Z takim zaciekawieniem. Czy na prezent? Stojący z tyłu w czerwonej mycce ma samo szczęście na obliczu. Samo zadowolenie. Ile to szczęście będzie kosztowało Polaków?

    Czy ta wizyta jest polską Cannosą? W tej włoskie chodziło o inwestyturę, czyli nadanie dóbr. Jakie jest to beneficjum? Czy o nim dowiemy się dopiero po wyborach? Jak widzisz (ja też przejrzałam na oczy) Bashobora zadziałał. Cuda się dzieją. Mamy prezydenta na miarę… słów: „To co przedstawiłem, swoje postulaty, to ja wszystko uczynię i na mnie warto głosować, bo ja jestem naprawdę człowiekiem uczciwym i sprawiedliwym. Nie tak, że inne partie, inne komitety, inne partie mówią, a nic ni robią, a nic ni zrobili dla (….), a to co ja powiedziałem to ja wszystko uczynię, bo jestem człowiekiem wierzącym i praktykującym i wiem na jakiej zasadzie to zrobić, jak uczynić, jak usprawnić drogi, jak wszystko, jak zlikwidować papierosy, jak wszystko zlikwidować…”, „Rozbiję polityczne kliki panujące w (……..), które nie szanują osób bezrobotnych, inwalidów i prostych robotników”, „nie będzie niczego„. Korków na ulicach też nie będzie.

    Czy jest czym się podniecać? A bo to pierwszy raz Kk ma pomysł, a „rząd poniesie koszty”? Za kościelne pomysły rząd co roku pakuje miliardy do kieszeni boga-nie-bojnych.

    Jedno tylko pocieszające. Jeśli Bóg ma zasady jakie głoszą, to hasło „Bóg rozpozna swoich”do większości kleru się nie tyczy. Czy te zasady nieprawdziwe, czy powody są inne? Może dusze już zaprzedane?