Po datek

Paweł Szałamacha, mini ster finansów uważa, że Unia nie ma prawa kwestionować rozwiązań, które w imieniu suwerena wprowadza rząd polski. Chodzi o podatek od sklepów wielkopowierzchniowych. Dlaczego trzeba było go wprowadzić? Ponieważ od wielu lat koncerny handlowe funkcjonują w Polsce i choć realizują obroty rzędu 3-5 miliardów złotych, to — jak tłumaczył Szałamacha — przez te wszystkie lata nie zapłaciły ani złotówki podatku dochodowego.

Zgodnie z informacjami pomieszczonymi na stronie ministerstwa finansów aktualnie w Polsce wyróżniamy 13 rodzajów podatków. Dziesięć z nich to podatki bezpośrednie:

  1. podatek dochodowy od osób fizycznych (PIT),
  2. podatek dochodowy od osób prawnych (CIT),
  3. podatek od spadków i darowizn,
  4. podatek od czynności cywilnoprawnych,
  5. podatek rolny,
  6. podatek leśny,
  7. podatek od nieruchomości,
  8. podatek od środków transportowych,
  9. podatek tonażowy,
  10. podatek od wydobycia niektórych kopalin

a trzy to podatki pośrednie:

  1. podatek od towarów i usług (VAT),
  2. podatek akcyzowy,
  3. podatek od gier.

Ponieważ od wielu lat funkcjonują w Polsce firmy, które od lat nie zapłaciły ani złotówki podatku dochodowego w Polsce, rząd zamiast zacząć podatki od tych firm ściągać postanowił wprowadzić czternasty podatek. Jeśli firmy nadal nie będą płacić, to wprowadzi piętnasty, szesnasty i kolejne, aż w końcu któryś zapłacą.

W tym miejscu wyobraźmy sobie, że mamy sklep. Aby zintensyfikować zyski ceny mamy wyższe niż obowiązują w sąsiednich placówkach handlowych. Z nieznanych przyczyn klienci zamiast zaopatrywać się u nas, od wielu lat zaopatrywali się u konkurencji i nie płacili nam ani złotówki. W końcu znaleźliśmy dobre wyjście. Każdy klient, który wszedł do sklepu i niczego nie kupił zobowiązany był wychodząc uiścić opłatę wyjściową, dzięki czemu mógł bez przeszkód, cały i zdrowy, opuścić lokal.

Ktoś, kto twierdzi, że istnieje dużo prostsze rozwiązanie, że wystarczy obniżyć ceny żeby klienci zaczęli przychodzić z własnej i nieprzymuszonej woli, idzie po linii najmniejszego oporu. To rozwiązanie jest tak proste, że aż prostackie i nie wchodzi zupełnie w grę. Ponieważ — wróćmy do podatków — z jakiego powodu ministerstwo finansów miałoby dociekać dlaczego firmy zagraniczne nie płacą w Polsce ani złotówki i gdzie płacą? Przecież nawet dziecko wie jaka to ciężka i niewdzięczna praca takie dociekanie. A jeśli okaże się, że nie płacą w Polsce, ponieważ gdzie indziej podatki są po prostu niższe? Co wtedy? Obniżyć podatki? Przecież to spowoduje, że firmy nie tylko zaczną tu płacić podatki, które dotąd płaciły tam, ale zaczną tu zakładać filie i przenosić działalność po to tylko, by tu płacić podatki! Po co nam to? Czy ktoś policzył jaki to kłopot dla urzędów skarbowych, ile dodatkowej pracy? Podatki muszą być wysokie, żeby nam się tu obcy nie pchali płacić. Poradzimy sobie bez ich pieniędzy. A jak Unia będzie bruździć, to jej pokażemy i tak opodatkujemy własnych przedsiębiorców, że z torbami pójdą. Stać nas!

Na koniec z zupełnie innej beczki. Wyobraźmy sobie, że przedsiębiorca wziął 100 milionów złotych kredytu. Niestety, nieco przeholował i choć biznes nieźle prosperuje znalazł się w sytuacji „frankowicza” — spłaca praktycznie same odsetki. Bank ma dwa wyjścia. Może darować część długu urealniając go, dzięki czemu dłużnik będzie w stanie spłacić kredyt. Bank nieco na tym traci. Może także doprowadzić dłużnika do bankructwa, tracąc dużo więcej. Jeśli to jest prywatny bank, to wybierze pierwsze rozwiązanie. Państwowy na to jednak nie pójdzie. Ponieważ gdy tylko firma stanie na nogi prasa, radio, telewizja, partie opozycyjne, służby specjalne i prokuratura zaczną dociekać dlaczego państwowy bank zrobił prezent dobrze prosperującej prywatnej firmie i podarował jej część długów. Nie można też wykluczyć, że dobrze prosperującym przedsiębiorstwem może być zainteresowany podmiot związany z władzą, który dzięki bankructwu będzie mógł go przejąć za bezcen.

Jaki jest związek podatków z bankructwem? Jedno i drugie ma olbrzymi wpływ na gospodarkę, zatrudnienie, budżet. Tam, gdzie przestaje się liczyć interes publiczny i rachunek ekonomiczny, tam kończy się dobrobyt, a zaczyna dobra zmiana. Powyższy przykład bynajmniej nie jest wyssany z palca, niestety.

Dodaj komentarz


komentarzy: 7

  1. Z niecierpliwością oczekuję na podatek od niewiernych oraz apostatów na rzecz dobrze prosperującego kościoła katolickiego. Myślę, że ściągalność będzie wysoka, gdy sprawdzą wszystkim medaliki. :)

    Natomiast doprowadzanie firmy do upadłości by potem przejąć ją za bezcen, to bardzo mądre posunięcie. Bo nikt już nie powie, że to mafia, tylko prawo oraz decyzja urzędnicza :-)

  2. Powiem, że wyliczanie „piętnasty, szesnasty i kolejne” może zostać potraktowane jako sugestia suwerena i….wykonane.

    Każdy albo prawie każdy prowadzący jakiś interes (wolę tak niż biznes) spotkał się z określeniem biznesplan. Czy to słowo powinno być znane byłemu dyrektorowi banku? No, powinno, ale jeśli uważa on, że dotyczy to tylko banku, to jest kłopot.

    Za Wirtualną:

    - 70 pomysłów zapisanych w strategii odpowiedzialnego rozwoju wicepremiera Mateusza Morawieckiego wiąże się ze wzrostem wydatków budżetowych. Są to np. poprawa dostępności komunikacyjnej, lepsza infrastruktura czy wsparcie dla określonych regionów kraju – wylicza Aleksander Łaszek z Forum Obywatelskiego Rozwoju.

    – Idea strategii brzmi dobrze, ale nie towarzyszy jej refleksja, że żeby kogoś wesprzeć, potrzeba wyższych wydatków publicznych, a to oznacza, że ktoś inny będzie musiał zapłacić za to wyższym podatkiem – mówi Łaszek.

    – Nawet jeśli część działań ze strategii Morawieckiego jest dobra, to nie towarzyszy jej analiza kosztów i korzyści. Ile tak naprawdę podatnik zapłaci za wspieranie wybranych przez ministerstwo obszarów czy regionów kraju i jakie z tego będą korzyści – dodaje ekspert.

    Każdy, kto planuje zajęcie się najskromniejszym interesem rozważa na ile starczą mu własne środki, na ile może liczyć na pomoc rodziny, a ile będzie zmuszony wziąć z banku. Czarodziej Morawiecki nie musi wyliczać, a może nie potrafi?

    Może zarabiający rocznie ponad milion złotych został zmuszony do odejścia z banku, bo się nie nadawał? Taka informacja nie mogła przedostać się do opinii publicznej, bo i bankowi i Morawieckiemu by szkodziła. Czarnoksiężnik czaruje, a szanowny prezes nie mający pojęcia, wierzy.

    A Szałamacha niech się mną, jakąś tam milionową cząstką jako suwerenem nie podpiera. Mojej zgody na szaleństwa nie dostał ani on ani nikt z PIS.

      1. Jeśli prawo zabrania kupczenia długami, to sąd staje raczej po stronie prawa, a nie po stronie szpitali. Ale rozumiem portal opinii i w ogóle media. Gdy sąd skaże mordercę, to doniosą uprzejmie, że sąd stanął po stronie ofiary.