Panuje powszechnie przekonanie, że było, minęło, że co było a nie jest nie pisze się w rejestr, że czas leczy rany. Okazało się, że nic z tych rzeczy, ponieważ nie leczy, a jeśli już, to pozornie. Naukowcy z Uniwersytetu Warszawskiego zbadali wpływ negatywnych przeżyć z dzieciństwa na problemy zdrowotne i psychiczne w dorosłym życiu. W zupełnie nieoczekiwanym aspekcie potwierdzili tezę, że czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Być może w przyszłości będzie lepiej, ponieważ rośnie świadomość i młodzi coraz śmielej szukają pomocy u specjalistów. Ludziom nie radzącym sobie ze sobą, szukającym pomocy u psychologa czy psychiatry coraz rzadziej przypina się łatkę „wariat”. Przecież większym zagrożeniem jest ktoś, kto się nie leczy, niż ten, który się nie leczy.
Jakie przeżycia z dzieciństwa wywierają najbardziej destrukcyjny wpływ i rzutują na całe późniejsze życie? Wszelkiego rodzaju przemoc, nawet niekoniecznie bezpośrednio zwrócona przeciwko dziecku. Dziecko widząc jak tatuś okłada mamusię boi się tak samo albo i bardziej niż gdyby samo obrywało. Często zresztą także obrywa. Przemoc jest powiązana z zaniedbaniem emocjonalnym, bo przecież dzieci i ryby głosu nie mają. Mają być grzeczne i robić co rodzice każą, w przeciwnym razie ich ukarzą. Żadnej swobody, inwencja jest tłumiona w zarodku, nie ma mowy o samorealizacji. W dorosłym życiu tacy ludzie często są bardzo nieśmiali, zalęknieni, zagubieni, niepewni siebie, wycofani, boją się, że zostaną negatywnie ocenieni, bardzo przeżywają nawet najdrobniejsze potknięcia, żyją w poczuciu winy. Spontaniczność? Nie potrafię. Perfekcjonizm w pracy mnie wykańcza. Jeśli coś nie wyjdzie, przeżywam to, jak katastrofę, jakby świat się zawalił. Zdarza się, że budzę się w nocy i nie mogę zasnąć, bo w głowie mam setki myśli, co jeszcze trzeba zrobić, czego dopilnować — opisuje ten stan jedna z osób. Obrazu dopełnia przerażająco niska samoocena i towarzyszący jej lęk, że nie podoła się wyzwaniom. To nie skromność, to umniejszanie swojej wartości.
Oczywiście przemoc to nie jedyne, choć najbardziej destrukcyjne przeżycie. To także alkoholizm członka rodziny (ukłony dla fabrycznie nowego prezydenta), choroba psychiczna, konflikty z prawem, a także „bieda z nędzą”, czyli życie w ubóstwie. Konsekwencje, mówiąc eufemistycznie, nieudanego dzieciństwa zostały zbadane, opisane i są znane w krajach cywilizowanych pod nazwą ACEs, adverse childhood experiences, czyli negatywne doświadczenia z dzieciństwa. A mogą być wielorakie i nie zawsze są wiązane z dziecięcymi fobiami, lękami i traumatycznymi przeżyciami. To w pierwszym rzędzie wszelkiego rodzaju depresje i stany lękowe. Mogą leżeć także u podłoża ADHD (Attention-Deficit/Hyperactivity Disorder), a także skłonności do agresji i zaburzeń osobowości.
Współautor badań prof. Marcin Rzeszutek, psycholog, psychoterapeuta (Ośrodek JA), kierownik Laboratorium Badań nad Traumą na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego mówi, że dziesiątki badań wykazały, że ACEs mają destrukcyjny wpływ na różne aspekty zdrowia psychicznego, ale również fizycznego. Osoby, które doświadczyły takich zdarzeń w dzieciństwie, są bardziej narażone na wystąpienie depresji w dorosłym życiu, uzależnień, zaburzeń związanych z traumą (takich jak PTSD), a nawet zachowań samobójczych. Intuicyjnie można założyć, że trauma z dzieciństwa może mieć związek z problemami ze zdrowiem psychicznym. Co jednak szczególnie interesujące, takie doświadczenia mogą również zwiększać ryzyko rozwoju różnych chorób somatycznych — np. otyłości, nowotworów czy chorób układu krążenia. Dzieje się tak dlatego, że tego typu doświadczenia są powiązane ze zmianami w funkcjonowaniu układu nerwowego, hormonalnego i odpornościowego. W życiu dorosłym mogą osłabiać mechanizmy obronne organizmu w reakcji na stres. Osoby, które doświadczyły wielu traum w dzieciństwie — były przez lata maltretowane psychicznie lub fizycznie — często mają osłabiony układ odpornościowy, co może być jednym z czynników rozwoju chorób somatycznych.
PTSD to post-traumatic stress disorder czyli zespół stresu pourazowego. Choć wydaje się, że — właśnie — czas leczy rany, to wspomnienia, obrazy z dzieciństwa potrafią prześladować mniej lub bardziej natrętnie. A gdy już doprowadzą do depresji, stanów lękowych, przyplącze się covid, to potrzeba odreagowania może skrupić się na bogu ducha winnych osobach, a nawet członkach najbliższej rodziny. Choć z badań wynika, że w Polsce problem jest olbrzymi, to pomocy u psychologa szuka garstka. Badania europejskie pokazują, że poziom PTSD w populacji europejskiej waha się między około 1 a 4%. W Stanach Zjednoczonych między około 5 a 10%. Tymczasem w Polsce odnotowaliśmy wynik na poziomie aż 19%. Oznacza to, że prawie co piąty Polak może spełniać kryteria prawdopodobnej diagnozy PTSD i najczęściej nie jest tego świadomy.
Z drugiej strony kto wiąże dzisiejsze problemy, dążenie do totalnego uniezależnienia się, iluzji pełnej swobody, iluzorycznego samodzielnego decydowania o wszystkim na zasadzie „sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem”, z brakiem swobody, egzekwowaniem bezwzględnego posłuszeństwa, nawet bez przemocy fizycznej, w dzieciństwie? Wielu Polaków nie wie, czym są zaburzenia pourazowe. Żyją w przekonaniu, że ciągłe napięcie, podenerwowanie, czujność, wybuchy złości czy wręcz paranoiczne reakcje to po prostu cechy charakteru. Tymczasem mogą to być objawy poważnych zaburzeń psychicznych. Najbardziej traumatyczne były według badanych przemoc fizyczna i uzależnienie od alkoholu, ale wysoko plasowała się także przemoc psychiczna oraz chłód emocjonalny, który wbrew pozorom bynajmniej nie jest cechą charakterystyczną rodzin patologicznych. Chłód emocjonalny i przemoc psychiczna w tak zwanych „dobrych domach” bywają równie, a czasem nawet bardziej destrukcyjne, bo niezauważalne.
Czy z leżącego u podłoża ACEs PTSD można sobie poradzić? Można, ale tylko pod warunkiem, że jest się świadomym problemów i ich genezy i chce się ich pozbyć, rozprawić się z nimi. Prof. Marcin Rzeszutek słusznie zauważa, że człowiek nie jest więźniem swojego dzieciństwa. Posiadamy wolną wolę. Nawet jeśli nasza przeszłość była trudna, mamy możliwość wykorzystania tych doświadczeń do pozytywnego przewartościowania życia. Oczywiście wymaga to pracy, wysiłku i często wsparcia specjalistów. Ale trauma to nie tylko wyrok — to także szansa na rozwój, na zrozumienie siebie, na zmianę.
Człowiek może się zmienić. Ale żeby móc się zmienić musi chcieć się zmienić. Czy jest możliwe, że powodem braku reakcji na rujnujące życie, wywierające destrukcyjny wpływ na zdrowie psychiczne i fizyczne działania są nieuświadomione skłonności samobójcze?
Dywagacje
Trochę nie na temat, ale mam nadzieję że mi Pan wybaczy. Otóż mieszkam w USA i wiedzę o tym co w Polsce czerpię z internetowych portali. I szlag człowieka może trafić czytając tzw. informacje, pisane fatalną polszczyzną. Na dodatek wiekszość piszących traktuje mnie jak debila, któremu należy wytłumaczyć co kto miał na myśli, gdy powiedział co powiedział. Ostatnio nastała moda na „ekspertów”. Co artykuł, to „ekspert”, a jeden „mądrzejszy” od drugiego. Jest Pan z Krakowa, więc na pewno pamięta Gazetę Krakowską, wydawaną pod koniec lat 70-tych. Maciej Szumowski, Dorota Terakowska – to była klasa sama w sobie. Dziś o takich dziennikarzach można tylko pomarzyć. Pozdrawiam serdecznie.
Witam nowego Czytelnika. Cieszę się, że dołączyłeś. O mediach i ich kondycji piszę wielokrotnie. I pewnie niejeden raz jeszcze napiszę. Nie ma już praktycznie portali informacyjnych z prawdziwego zdarzenia. Wszystkie to mniej lub bardziej żałosne słupy ogłoszeniowe, tekst pełni rolę wypełniacza między reklamami.
Dziękuję za reakcję. Mimo że blogowo rzadko się udzielam, to chciałbym zapewnić że Pańskie wpisy czytuję – że tak powiem – religijnie. Każdy dzień zaczynam właśnie od Oby.watela i od wielu, wielu lat ani jednego wpisu nie opuściłem. A co do mediów – dziś znów pełno w nich ekspertów. Niestety…
Miło słyszeć, że mam tak wiernego, stałego Czytelnika. Mam nadzieje, że będziesz częściej zabierał głos.