Szkodliwa teoria względności

Co jest motorem postępu i rozwoju? Pełna swoboda w głoszeniu poglądów i teorii. Mroki Średniowiecza trwały ponad tysiąc lat nie dlatego, że nie było wybitnych jednostek, tylko dlatego, że były ściśle określone ramy, poza które nauce nie wolno było wyjść. Każdy kto głosił teorie sprzeczne z dogmatami był prześladowany, izolowany i — bywało — tracił życie. Na dodatek praktycznie jedynymi wykształconymi ludźmi byli kapłani, którzy wykorzystywali wiedzę nie dla dobra ludzkości, lecz umocnienia swojej władzy. Na domiar złego ci, którym to co widzą nie zgadzało się z tym, w co wierzą, wierzyli nadal.

Mikołaj Kopernik spostrzegł to, o czym wiedziano już w starożytności — że Ziemia nie jest płaska i krąży wokół Słońca. Jednak swoje obrazoburcze odkrycia odważył się ogłosić drukiem dopiero na łożu śmierci. Zdawał sobie sprawę, że może nie tylko stracić życie, ale przepadnie także wszystko co odkrył, do czego doszedł, czego dokonał. Ostateczny kres hegemonii tropicieli bluźnierstw i bluźnierców położył Johannes Gutenberg, który upowszechniając druk bardzo utrudnił kontrolę i blokowanie rozpowszechniania teorii naukowych. Z wynalazku Gutenberga skorzystał i Kopernik, i Luter, i Jan Kalwin.

Dziś człowiek w miarę swobodnie porusza się po Układzie Słonecznym, bada inne planety, był na Księżycu, za pomocą teleskopu obserwuje najdalsze zakątki wszechświata. Jednocześnie bajki sprzed tysiącleci mają się coraz lepiej, a zdobycze nauki są podważane i kwestionowane. Średniowiecze w myśleniu ma się dobrze i zatacza coraz szersze kręgi. W Polsce na indeksie ksiąg zakazanych znalazł się „Mein Kampf” Adolfa Hitlera. Dlaczego? Ponieważ łatwiej jest zakazać, niż wydać z komentarzem naukowców wyjaśniającym i tłumaczącym, gdzie i dlaczego Hitler mylił się lub nie miał racji. Tak zrobiono w Niemczech, a krytyczne wydanie dzieła Hitlera sprzedaje się znakomicie. Jest to o tyle dziwne, że każdy, kto to dzieło miał w rekach wie, że jest nudne jak flaki z olejem, zaś przebrnięcie przez nie wymaga ogromnego samozaparcia i zda się stratą czasu. Dlaczego więc jest na indeksie? Ponieważ gdyby było powszechnie dostępne rychło okazałoby się, że stanowi źródło inspiracji dla sporej cześć polskiej bogobojnej prawicy. Poza tym zadaje kłam tezie, jakoby Hitler był ateistą. Przekona się o tym każdy, kto kupiwszy książkę przeczyta, że „Jestem przekonany, że działam jako agent naszego Stwórcy. Walcząc z żydami, wykonuję pracę Pana Naszego.”

Dzieło Hitlera to oczywiście nie jedyna pozycja na długiej liście ksiąg zakazanych. „Manifest komunistyczny” Marksa i Engelsa i inne dzieła uznane za antyniemieckie publicznie spalono w Niemczech w 1933 roku. Владимир Владимирович Набоков naraził się strażnikom moralności swoją powieścią „Lolita”. Zakazano jej w Wielkiej Brytanii, Francji, Argentynie, Nowej Zelandii, RPA. Z kolei w Stanach zjednoczonych, oazie wolności, gdzie pierwsza poprawka do konstytucji zakazuje ograniczania wolności słowa, zakazano w szkołach i bibliotekach „Buszującego w zbożu” Jerome’a Davida Salingera, „Zwrotnika Raka” i innych pozycji Henry’ego Millera. „Rzeźnię numer 5” Kurta Vonneguta palono publicznie w Południowej Dakocie i Michigan. Z kolei w Kalifornii zakazano… „Czerwonego Kapturka”. W Polsce (Ludowej) na indeksie znalazła się powieść Ferdynanda Ossendowskiego „Lenin” oraz „Folwark Zwierzęcy” George’a Orwella. „Folwark” stanowi zresztą problem do dziś. W 1991 r. zakazany został w Kenii, a w 2002 r. w szkołach w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Na indeksie znalazła się „Chata wuja Toma” Harriet Beecher Stowe w Rosji w 1853 r. i w Illinois w 1984. Daleko niepełną listę 25 zakazanych książek można znaleźć na portalu Wirtualna Polska.

Oczywiście walka z wszelkimi publikacjami nie ustaje. Co i rusz pojawia się pozycja, która według domorosłych specjalistów moralistów jest skandaliczna, obrazoburcza, szkodliwa. Jak to się odbywa? Oto siedzi sobie taki ekspert od wszystkiego i czyta, słucha, ogląda. Gdy tylko coś przeczyta, usłyszy lub zobaczy i mu się nie spodoba, dostaje wzmożenia moralnego lub uczonego i rozpoczyna akcję pod szczytnym hasłem „zabronić, zakazać zdelegalizować” czasem dodając „i karać, k…wa, karać!” Gdy jest zwykłym oburzonym czytelnikiem, słuchaczem lub widzem jego krzyki, płacze i protesty przeważnie na nikim nie robią wrażenia. Gorzej gdy ma większą siłę rażenia, wielu gorliwych wyznawców w mediach społecznościowych, znajomości w kręgach decyzyjnych. Wtedy protesty odnoszą skutek i praca, dzieło, teoria, przekonanie, pogląd znika z listy dopuszczalnych. Oczywiście nie oznacza to, że znika całkowicie. Po prostu schodzi do podziemia i tam krąży. Czasem nie znajdując poparcia umiera śmiercią naturalną, czasem wybucha w postaci rewolucji ku zaskoczeniu obrońców ładu i porządku.

Weźmy odwieczny problem z krnąbrnymi bachorami. Czy należy je bić? Nie tylko nie należy, ale nie wolno. Przekonuje o tym chciałby p. Magdalena Komsta w swoich licznych publikacjach. Niestety, nie można wejść w ich posiadania w żaden sposób. Nie dlatego, że zostały zakazane lecz dlatego, że ich nie ma. Po prostu niczego nie napisała. Nie przeszkadza jej to w prowadzeniu akcji blokowania wydawnictw, które według niej są „szkodliwe”. Oczywiście mogłaby zrecenzować tę czy inną pozycję, ale to żadna satysfakcja.

Prawdopodobnie wystarczyłoby, abym opublikowała recenzję tej książki i odradziła jej czytanie społeczności zgromadzonej wokół mojego bloga, w newsletterze i prowadzonych przeze mnie mediach społecznościowych.

Zdecydowałam się jednak na napisanie listu otwartego, by wyrazić nie tylko swoje rozczarowanie samym poradnikiem. Chcę także zwrócić Państwa uwagę na ryzyko, z jakim wiąże się stosowanie zaleceń zawartych we wspomnianej publikacji oraz skłonić do refleksji nad społeczną odpowiedzialnością Państwa biznesu.

Akcja zakończyła się sukcesem — książka zniknęła z półek księgarskich. Przed zniknięciem była reklamowana jako

obowiązkowa lektura dla niedoświadczonych rodziców. Pomoże dziecku w osiągnięciu jednego z najważniejszych rozwojowych kamieni milowych, jakim jest przesypianie całych nocy. Zawiera informacje na temat korzyści z tego, że dziecko przesypia całą noc, a także konsekwencji braku odpowiedniego snu, jednak w większości stanowi praktyczną instrukcję. Metoda jest opisana zrozumiale i zawiera liczne praktyczne przykłady. Kilka godzin poświęconych na przeczytanie tej książki zmieni życie Twoje i Twojego malucha na zawsze zaczniecie się wysypiać i cieszyć sobą nawzajem, a dodatkowo wygospodarujesz nareszcie czas tylko dla siebie. Dwanaście nieprzerwanych godzin snu niemowlaka każdej nocy brzmi jak bajka? Przekonaj się, że jest to możliwe!

Czy ktoś kupiłby to dzieło, gdyby zachęta brzmiała „Stek pseudonaukowych bzdur, których stosowanie może niekorzystnie odbić się na rozwoju dziecka, traktowanego przez autorkę przedmiotowo”? Czy ktoś wyda 50 zł na książkę gdy ze wstępu dowie się, że porady w niej zawarte nie są warte funta kłaków? Czy gdyby istniał przymus dołączania do tego typu poradników opinii naukowej i opatrywania krytycznym wstępem, to wydawnictwo zdecydowałoby się wydać coś takiego? Dlaczego nie czekając na ustawodawcę nie można stworzyć portalu recenzującego takie wydawnictwa, by każdy przed zakupem mógł zorientować się ile jest warta publikacja, w którą chce zainwestować swoje pieniądze? Przed niebezpieczeństwem ostrzega się stawiając znaki ostrzegawcze, a nie blokując wszelkie informacje o nim. Ma to znaczenie szczególne teraz, gdy dostęp do treści jest praktycznie nieograniczony, a zgodnie z teorią spiskową jeśli ktoś coś ukrywa, to znaczy, że boi się prawdy.

Kilka dni temu wspomnieliśmy o innej udanej akcji p. Magdaleny Komsty. Akcję poparł portal Nasza demokracja (sic!):

Domagamy się wycofania ze sprzedaży książki „Pasterz serca dziecka” wydawnictwa Słowo Prawdy, która zawiera szokującą instrukcję bicia niemowląt. Sprawę nagłośniła psycholożka Magdalena Komsta, autorka bloga Wymagajace.pl.

Udało się. Książka została wycofana. I co? Problem został rozwiązany? Nie i to z dwóch powodów. Po pierwsze zachęty do stosowania kar cielesnych znajdują się w Biblii, a tej nikt nawet nie próbuje zakazać. No

Bo kogo miłuje Pan, tego karze, chłoszcze zaś każdego, którego za syna przyjmuje.

Nie kocha syna, kto rózgi żałuje, kto kocha go — w porę go karci.

Karcenia chłopcu nie żałuj, gdy rózgą uderzysz – nie umrze. Ty go uderzysz rózgą, a od Szeolu zachowasz mu duszę.

A gdy smarkacz pyskuje nie okazując wdzięczności za lanie…

Kto by złorzeczył ojcu albo matce, winien być ukarany śmiercią.

Po drugie podobne publikacje, nawet bardziej szkodliwe, są dostępne bez ograniczeń w sieci. Oczywiście nikt nie potrzebuje instrukcji jak bić dzieci, bo każdy wie, a uzasadnienie, czy raczej usprawiedliwienie swoich sadystycznych skłonności znajdzie w Biblii, którą ma na półce. Czy więc akcje Magdaleny Komsty można uznać za sukces? Być może spragniony fachowych porad młody rodzic akurat tej pozycji nie znajdzie, ale bez trudu trafi na wcale nie gorszą. Pierwszy z brzegu przykład z Google Books:

Lanie może być bardzo skutecznym środkiem poradzenia sobie z buntem, ale jak mawia dr Armand Nicholi, główny problem polega na tym, że rodzic może je sprawić z powodu swojej frustracji, poczucia winy lub gniewu. Może więc przynosić korzyści bardziej rodzicowi niż dziecku. Radzi on rodzicom, by zadali sobie pytanie, kto najbardziej skorzysta ze sprawienia lania. Z pewnością można je stosować, jeśli naruszona zostanie jakaś zasada, ale trzeba to robić ostrożnie.

Skuteczność lania zobaczyłem na wykresie. Jest ono najskuteczniejsze w przypadku dzieci w wieku przedszkolnym, ale rzadko należy z niego korzystać, gdy dziecko przekroczy trzynasty rok życia. Jeśli lanie jest konieczne, należy je sprawić ostrożnie, tak by nie doprowadzić do zamknięcia się dziecka. Zazwyczaj w przypadku dzieci starszych skuteczniejsza jest metoda utraty przywilejów.

Ważne jest, by sprawiać dziecku lanie neutralnym przedmiotem, ponieważ ma ono skłonność wiązania bólu z narzędziem wykorzystywanym do sprawiania lania. Jeśli rodzic robi to swoją ręką, dziecko może czuć się nieswojo. Ta sama ręka używana jest bowiem do dotykania, trzymania i przytulania. Szczególnie jest to widoczne, gdy dziecko otrzymuje lanie w gniewie. Odkryliśmy, że bardzo skuteczne jest korzystanie z cienkiego kijka, który wszyscy ozdobiliśmy. Nazywamy go „nauczycielem”. Posługiwanie się „nauczycielem” pomaga również każdemu uspokoić się, ponieważ zazwyczaj znalezienie go zabiera kilka minut.

Po raz pierwszy wykorzystałem „nauczyciela”, gdy Kari miała około trzech lat. Skoczyła na łóżko i zaczęła krzyczeć. Gdy podszedłem do niej, skoczyła za łóżko, a potem weszła pod nie. Łagodnie powiedziałem jej, że mam zamiar sprawić jej lanie, nawet jeśli będzie to trwało cały dzień. W końcu położyła się na łóżku, a ja uderzyłem ją w pupę. Gdy tylko to zrobiłem, zaczęła skakać po łóżku i znowu krzyczeć. Powiedziałem, żeby położyła się i leżała, aż skończę. Znowu więc się położyła, a ja wykorzystałem „nauczyciela”. I ponownie skoczyła na nogi i zaczęła krzyczeć. Byłem łagodny, ale stanowczy, a wszystko powtórzyło się jeszcze trzy razy.

Kim jest autor? To bardzo tajemnicza postać, ponieważ jak podaje Wikipedia urodził się w roku 1940 i zniknął. Pojawił się dopiero niemal 40 lat później. Niewykluczone, że ta luka w życiorysie ma związek z faktem, że w tym czasie pracował dla oskarżonego o molestowanie seksualne Billa Gotharda. Oczywiście poradnik sadysty, czyli jak lać dzieci to nie jedyne osiągnięcie Smalleya. przygotował także poradnik dla małżeństw, którego lektura jeży włosy na głowie równie skutecznie.

„Ale ja przygotowałam specjalną kolację ze świecami i…”
„Czy mogłabyś przełożyć to na jutro?”
Norma nie odpowiedziała, więc ciągnąłem dalej: „Kochanie, wiesz, jak ważne jest dla żony, by była poddana swojemu mężowi. (Niewiele wtedy wiedziałem o tym, że jedną z najgorszych rzeczy, jaką może zrobić mąż, jest właśnie domaganie się od żony uległości!) Naprawdę muszę być tam dziś wieczór i jeśli mamy od początku naszego małżeństwa budować dobre nawyki, to właśnie nadarza się dobra okazja. Jeśli mam być przywódcą rodziny, to ja muszę podjąć tę decyzję”.

Jest też dobry

sposób wpływania na żonę, by bardziej pragnęła poprawy, można zilustrować starym powiedzonkiem: „Możesz przyprowadzić konia do wody, lecz nie możesz zmusić go, by pił” z uzupełnieniem: „Możesz jednak skłonić go do picia, jeśli dosypiesz mu soli do owsa”. Im więcej soli tam wsypiesz, tym większe będzie jego pragnienie i tym więcej wody wypije. Im bardziej zaciekawisz żonę, tym bardziej będzie chciała cię słuchać. Zasada ta została trafnie nazwana „regułą soli”.

I tak dalej i tak dalej. Kto chce i ma na tyle samozaparcia, by prześledzić losy małżeństwa chrześcijańskiego działacza może skorzystać chociażby z Google Books. Czy takie zwierzenia-poradniki powinny być zakazane? A może właśnie jego lektura skłoni kogoś do refleksji, że jest despotą, że krzywdzi najbliższą sobie osobę? Dlaczego tysiące lat historii nie nauczyły niczego zwolenników knebla i cenzury?


Cytaty z Biblii Tysiąclecia. Kolejno: Hbr 12:6, Prz 13:24, Prz 23:14 i 14, Wj 21:17, także Kpł 20:9.

Dodaj komentarz