Rolnictwo pustynne

O tym, że wody w Polsce jest mało mówiono już w czasach komuny. Im bardziej postępował proces globalnego ocieplenia i towarzyszących mu zmian klimatu, tym niedobór wody staje się coraz dotkliwszy. Wysychają rzeki i jeziora. Po 1989 roku nowe, demokratyczne władze poważnie potraktowały ostrzeżenia naukowców i przystąpiły do zakrojonej na szeroką skalę — jak uwielbiają nazywać to, co robią — walki z… powodziami. Jaka jest logika walki z nadmiarem wody w kraju w którym wody brakuje, który zmienia się w pustynię? Oto jest pytanie.

Naukowcy ostrzegają, politycy ostrzeżenia olewają. Potem nie wiadomo komu, bo przecież nie sobie, stawiają fundamentalne pytania. Nie pytają co my zrobiliśmy źle? co my powinniśmy skorygować w przyszłości? co trzeba zrobić? jak? Pytają Co takiego się stało na miłość Boga, że oni przez siedem lat z Polski, naprawdę kwitnącego kraju, dumy Europy, zrobili kraj, gdzie problemem staje się woda i chleb? Odpowiedź jest prosta i oczywista — oni zrobili to samo co wy — nic!

Ostatnio dostrzeżono tak zwaną „betonozę”, czyli przekształcanie centrów miast w betonowe patelnie. Po rynkach wybranych miast snują się niezależni dziennikarze wolnych mediów z termometrami i udowadniają, że tam gdzie jest cień, tam jest chłodniej, a tam gdzie go nie ma można usmażyć jajecznicę. Czyli panuje taka temperatura, w której białko ulega denaturacji termicznej. A przecież nie tylko jajko składa się z białka, człowiek też. Betonowanie rynków placów i skwerów ma sens z uwagi na to, że po nawałnicy wszyscy w okolicy miewają umyte samochody. Często także i w środku. Jednak rynek to problem stricte lokalny (choć duże miasto to już oddzielny ekosystem), to raptem kilkaset, góra kilkanaście tysięcy metrów kwadratowych (jeden z największych rynków w Europie, rynek krakowski ma 40.000 m2). Do klęski niedoboru wody przyczyniają się głównie wielkoobszarowe gospodarstwa rolne. Pola uprawne, praktycznie kompletnie pozbawione roślinności, to tysiące metrów kwadratowych. Tymczasem w ciągu paru sekund można sprawdzić, że

Pustynnieniem nazywamy degradację ziemi na suchych, półsuchych i okresowo suchych obszarach, co oznacza zmniejszenie lub utratę biologicznej lub ekonomicznej produktywności oraz kompleksowości ziem uprawnych, pastwisk, lasów. Zjawisko to ma przyczynę w zwiększonym parowaniu oraz zmniejszonych opadach. Pustynnienie bezpośrednio skutkuje pogłębianiem ubóstwa i co gorsze jest zjawiskiem samonapędzającym się (brak roślinności powoduje zaleganie suchych mas powietrza na danym obszarze i zmniejsza jeszcze bardziej opady).

Pole

Jak widać nie trzeba betonować. Wystarczy zaorać, wybronować, obsiać i voilà — patelnia, olbrzymi teren do wysychania gotów! I ma same zalety, bo nie tylko sam wyschnie, ale także wysuszy okolicę i sprawi, że będzie mniej opadów. Bo skąd deszcz, skoro nie ma co parować? Ale zmartwienia nie ma, bo rolnik dostanie odszkodowanie. Zbierze, zarobi, nie zbierze, nie straci.

Szerzej zjawisko destrukcyjnej roli rolnictwa omówiono w pracy zbiorowej »Zagrożenia związane z niedoborem wody«.

Głównymi przyczynami powstawania susz są niekorzystne dla bilansu wodnego zakłócenia procesów meteorologicznych i hydrologicznych oraz zmiany strukturalne szaty roślinnej i pokrywy glebowej. W naturalnych warunkach struktura bilansu cieplnego i wodnego jest bardzo mało zmienna, a czynnikiem decydującym o niej jest charakter powierzchni ziemi, w tym szczególnie bogactwo szaty roślinnej i jej przestrzenna struktura. […] Od wielu dekad obserwuje się pogorszenie bilansu wodnego w krajobrazie rolniczym wielu krajów europejskich. Surowy bilans wodny (różnica opadów i parowania potencjalnego) zależy głównie od warunków klimatycznych. Natomiast jego struktura w skali krajobrazu zależy od wielu czynników, w tym szczególnie od właściwości wodnych gleby i struktury krajobrazu. Intensywna działalność rolnicza doprowadziła do uproszczenia struktury krajobrazu (monokultury) i degradacji gleby. Objawia się to szczególnie zamianą stabilnych ekosystemów, takich jak lasy i łąki, w ekosystemy niestabilne, szczególnie pola uprawne. Intensyfikacja rolnictwa doprowadziła do zubożenia krajobrazu w elementy kontrolujące obieg wody w krajobrazie i obniżenia zdolności retencyjnych gleby.

Kilka dni temu rolnik Waldemar Mazurek potwierdził, że tam, gdzie nie mógł powycinać drzew, bo nie należały do niego, tam zboże mu obrodziło. Tam gdzie wszystko wykarczował, zaorał miedze, posiał ziarno, tam wszystko wyschło. Jakie widzi rozwiązanie? Niech państwo mu wypłaci odszkodowanie. Bo on traci już piąty raz z rzędu i… nic, żadnych wniosków. To jest właśnie ta różnica. Po lewej mamy rośliny, które, które uległy wypaleniu, czyli wegetacja zakończyła się wcześniej z powodu braku wody i z powodu wysokich temperatur, a z drugiej strony widzimy jak ta pszenica na chwilę obecną powinna wyglądać, gdzie te wysokie temperatury nie dosięgły z powodu tego leśnego cienia.

Aż prosiło się zapytać, że skoro tak, skoro tam, gdzie drzewa rzucają cień jest prawidłowa pszenica, a tam gdzie drzew nie ma tam była już sobie pszenica, to czemu rolnik nie posadził drzew na swoim polu? Tym bardziej, że jesteśmy na plantacji pszenicy, gdzie tu już jest po prostu wegetacja zakończona, plonów nie będzie, mamy temat najprawdopodobniej zamknięty. Okazuje się, że przez ostatnie lata, od 18 roku, mamy coraz, coraz mniej wody. Nawet gdybyśmy próbowali nawadniać no to to to ja podejrzewam, to nie jest Nil, nie jest to dorzecze Nilu i gdzie płynie woda i żeby nawadniać to ta woda musi być nawet w tych głębszych warstwach, a nie mamy tego. Cztery lata regularnie rolnikowi wysycha pole tam, gdzie powycinał drzewa, od czterech lat regularnie przez suszę zbiera mniej, ponosi straty i z uporem upośledzonego umysłowo w stopniu ciężkim nie robi nic żeby problemowi zaradzić. Sieje i szlocha, że mu wysycha. Na co liczy? Że mu Bozia wreszcie wleje nieco oleju do głowy, skoro na deszcz się nie zanosi?

Jeśli nie ma cudów, to trzeba wziąć sprawy w swoje ręce i samemu zadbać o wilgoć sadząc drzewa i przecinając pole siatką porośniętych trawą rowów utrzymujących wilgoć. Innego sposobu nie ma. W przeciwnym razie postępowi, acz niezwykle pazerni rolnicy zmienią całą Europę w pustynię. Bo problem nie dotyczy tylko Polski, co oczywiście nie jest żadną pociechą. Unijna polityka dopłat do rolnictwa sprawia, że rolnicy nie muszą dbać o środowisko. Ba! Nie mogą, bo stracą finansowo. Ukraina już dziś jest na dobrej drodze przekształcenia żyznych pól Podola w suche nieużytki, a jeszcze nie jest członkiem Unii.

Jaki z tego morał? Ano taki, że stawiając na durnowatych, cynicznych polityków wyborcy sami sobie kręcą stryczek na szyję. Zapominają, że władza sama się wyżywi nawet wtedy, gdy oni będą konać z głodu.

Dodaj komentarz