Truizmem jest twierdzenie, że media to potęga, ponieważ przekonujemy się o tym na co dzień. Na potęgę okradają użytkowników ze sporego, ale jeszcze limitowanego transferu serwując im niechciane, nie mające związku z treścią filmiki, które włączają się same i są poprzedzane reklamą, której nie da się ani wyłączyć, ani zapauzować, a często także i wyciszyć. Gdy dostrzegły, że big techy z zalewu oferowanego przez nie chłamu zaczęły wyławiać i streszczać nieliczne wartościowe i użyteczne treści, uznały to za paserstwo i zażądały kasy. A ponieważ są nie w ciemię bite i kute na cztery nogi, więc uznały, że powinny mieć wyłączne prawo do posiadania ciastka i konsumowania go. Chodzi o to, że
podstawowa usługa wyszukiwarki Google wykorzystuje treści internetowe do tworzenia przeglądów AI, co powoduje znaczne szkody dla wydawców, w tym spadek ruchu, czytelnictwa i utratę przychodów. Jak donosi Reuters, wydawcy podkreślają, że Google umieszcza swoje przeglądy AI na szczycie wyników wyszukiwania, prezentując podsumowania generowane z materiałów wydawców.
Takie streszczanie faktycznie może boleć, ponieważ użytecznych informacji przedzielonych kilkunastoma reklamami w przeciętnym artykule albo nie ma wcale, ale można je streścić w jednym zdaniu. Weźmy na przykład artykuł o Idze Świątek, która — jak dowiadujemy się z tytułu — „znowu zrobiła to”. Z leadu wynika, że wzięła udział w jakimś turnieju i „to” zrobiła właśnie w czasie jego trwania. Na tym lead się kończy, a dalsza część artykułu znajduje się pod reklamą. Pod reklamą jest krótka historia turnieju, w którym Świątek wzięła udział i odesłanie do dalszej części pod kolejną reklamą. Tutaj uważny czytelnik znajdzie krótką historię tenisa, ponieważ Iga Świątek jest tenisistką i informację, że dalsza część artykułu znajduje się pod materiałem wideo, na którym dwie mądre głowy omawiają zmorę nornic i kretów, których kopce niebywale szpecą pięknie wykoszone, żółte trawniki. W następnym akapicie znajduje się krótki opis kariery Igi Świątek. Wreszcie po kolejnej reklamie okazuje się, że „to”, co zrobiła Świątek, to serw, którego przeciwniczka nie była w stanie odebrać. Czytelnik tego artykułu i tak miał szczęście, bo często nie ma żadnego związku tytułu z treścią.
W tej sytuacji nie może dziwić, że wydawcy boją się streszczeń bardziej niż diabeł święconej wody. AI wyręcza czytelnika w przedzieraniu się przez bełkot i wyławianie z niego użytecznych informacji, jeśli oczywiście „artykuł” takowe zawiera. Problem polega na tym, że użytkownicy zasypywani chłamem często nie są w stanie dotrzeć do naprawdę wartościowych treści. Latają palcem po ekranie, przewijają, wzruszają ramionami i idą dalej. Gdyby zamiast artykułu były same reklamy wielu użytkowników zapewne nawet by tego nie zauważyło. Bo to tak jakby producent wina rozcieńczał je, rozcieńczał i kazał sobie płacić za sam zapach. Z jednej strony wydawcy chcieliby by ich materiały znajdowały się wysoko w wynikach wyszukiwania, z drugiej chcieli by czerpać zyski z tego, że dzięki nim wyszukiwarka ma co szukać.
Szczególnie problematyczny jest fakt, że wydawcy korzystający z wyszukiwarki Google nie mają możliwości rezygnacji z przetwarzania ich materiałów do trenowania modelu językowego AI bez utraty widoczności w ogólnych wynikach wyszukiwania. To stawia ich w wyjątkowo trudnej sytuacji — albo godzą się na wykorzystywanie swoich treści, albo ryzykują całkowitą utratę widoczności online.
Na tym polega handel wymienny — ja ci oferuję wyszukiwarkę, a ty treści do wyszukiwania. Tymczasem media same sobie kopią grób, ponieważ w pogoni za zyskiem pożerają swój własny ogon. Większość „materiałów” powstaje z mniejszym lub większym udziałem sztucznej inteligencji, a podpisanym pod tekstem „autorom” często nie chce się nawet przeczytać tego, co wygenerowała i poprawiać błędów. W ten sposób powstaje swego rodzaju chów wsobny — AI tworzy treści, na których potem jest trenowana.
Z uwagi na dużą konkurencję media tworzą mnóstwo bezwartościowych treści. Byle jak, byle co, byle dużo. Na tapet wezmą wszystko, ze wszystkiego robią sensację. Najchętniej, bo to nie wymaga żadnego wysiłku, omawiają „słowa”, które albo ktoś wypowiedział, albo napisał. Doszło do tego, że wypowiedź miewa większe i uciążliwsze konsekwencje niż czyny. Więcej czasu i miejsca media poświęcały „słowom” Świątek, które „padły z jej ust”, niż osiągnięciom na niwie sportowej. Pierwsze z brzegu przykłady »Walkower Ukrainki ze Świątek. Nagle się skarży. Szok, naprawdę to powiedziała«, »Wszyscy już trąbią o tym, co mówiła Świąte«, »Padły mocne słowa. Świątek nie mogła tego znieść«. Warto przy okazji zwrócić uwagę, że media już nie informują, lecz kształtują rzeczywistość. Nie zadowalają się informacją o tym co powiedział lub napisał ten czy ów, lecz jego wypowiedź interpretują, oceniają i szufladkują. Wyręczają swoich użytkowników w myśleniu i wyrabianiu sobie własnej opinii, która mogłaby okazać się błędna, więc podsuwają mu właściwą interpretację, osąd i wnioski.
Dramat polega na tym, że podczas gdy media sprzyjające opozycji uprawiają nachalną, acz bardzo sprytną i spójną propagandę, media mieniące się wolnymi, niezależnymi, uważające się za rzetelne, coraz bardziej nachalnie i coraz bezczelniej uzurpują sobie prawo kształtowania rzeczywistości kreując jej jedynie słuszną i dopuszczalną według nich wizję. To, w połączeniu z nieistniejąca polityką informacyjną rządu, dezorientuje, zniechęca i pogłębia podziały.
15 września na stronie Prokuratury Krajowej ukazał się »Komunikat w sprawie usunięcia z Biuletynu Informacji Publicznej oświadczeń prokuratorów składanych w trybie art. 103a ustawy Prawo o prokuraturze«. 16 września rano poinformowała o tym Republika (»Żurek polecił usunięcie z BIP oświadczeń prokuratorów o członkostwie w zrzeszeniach«), chwilę później Rzeczpospolita (»Waldemar Żurek kazał usunąć z BIP oświadczenia prokuratorów, choć ich jawność wciąż wynika z ustawy«), a dopiero wieczorem Wyborcza (»Minister Żurek zdejmuje kaganiec z prokuratorów. Oświadczenia o przynależności do stowarzyszeń znikają z sieci«). Tytuły mówią same za siebie. Niezależna „Rzeczpospolita” już w tytule sugeruje, że minister Żurek łamie prawo.
W konfrontacji z takimi mediami demokracja nie ma najmniejszych szans.
Dywagacje
Cudowny artykuł i podpisuję się po nim „obiema ręcami”. Niedawno wróciłem z Polski i zauważyłem że nie tylko internet czy media drukowane traktują odbiorców jak debili, nie będących w stanie samodzielnie wyciągać wniosków z serwowanych im „informacji”. Smutne to bardzo, choć muszę dodać że w USA jest podobnie, choć może nie w takim stopniu jak w Polsce. Jak zwykle serdeczności i do następnego. Janusz (John) Burek.