Po opublikowaniu wczorajszego wpisu pojawiła się informacja, że Karol Nawrocki, który miał zostać prezydentem, ocknął się z letargu i postanowił zabrać głos w sprawie wyborów na Węgrzech. Na wstępie zauważył przytomnie i niebywale odkrywczo, iż to jest oczywiście wybór narodu węgierskiego. Potem poinformował, że oni wybrali swojego premiera, a on mu gratuluje zwycięstwa w wyborach podkreślając jednocześnie z całą mocą, iż 1000-letnia przyjaźń polsko-węgierska musi trwać, to jest ponad wybory parlamentarne. To suwerenny wybór narodu węgierskiego. Oznacza to, że choć naród węgierski dokonał niewłaściwego wyboru, to Polska przez kolejne 1000 lat będzie przyjaźnić się z Węgrami, a on, Nawrocki, nie będzie miał nic przeciwko temu. Może nawet spotka się z Peterem Magyarem i mu powie. Kto wie?

Tak czy owak jeśli nie bardzo dziwi, że gratulacje dla zwycięzców w wyborach na Węgrzech nie ukazały się dotąd na stronie Nawrockiego, to bardzo dziwi brak zdjęć z wizyty w Budapeszcie. Na szczęście można je zobaczyć, ściągnąć, wydrukować i powiesić sobie nad łóżkiem z węgierskiego portalu Magyarország Kormánya. A jest się czym pochwalić, ponieważ polski prezydent i węgierski premier mają wiele wspólnego. Choćby to, że obaj lubią wskazywać palcami.
Węgrzy mają się z czego cieszyć? Odsunęli od władzy Orbána i jego Fidesz, z początku Węgierską Partią Obywatelską, przysunęli do władzy jej zwolennika i przez długie lata współpracownika Orbána, który już zapowiedział, że jeśli chodzi o Ukrainę, to będzie kontynuował politykę swego byłego mentora i utrzyma „pragmatyczną” relację Budapesztu z Moskwą. Dlatego także nie popiera przyspieszonego przystąpienia Ukrainy do UE. Nie można wykluczyć, że wzorem Tuska będzie udawał reformy tylko po to, by odblokować unijne pieniądze.
Zostawmy Węgry i wróćmy do problemu zasygnalizowanego dwa dni temu. Są tacy, którzy twierdzą, że jeśli ktoś został oszukany, to sam jest sobie winny, bo jest głupi. Mądry zorientowałby się przecież od razu, że to oszustwo. Wbrew pozorom takich zadufanych w sobie, którym wydaje się, że nie dadzą się nabrać najłatwiej i najbezpieczniej podejść. Najbezpieczniej, bo za żadne skarby nie przyznają, że ktoś ich przechytrzył, wywiódł w pole, wystrychnął na dudka. Powiadają, że zbyt wielka pewność siebie, pycha kroczy przed upadkiem. Nie ma ludzi całkowicie odpornych na manipulację i jej dziecię, oszustwo. Zwłaszcza teraz, gdy oszuści dostali do ręki potężne narzędzie — sztuczną inteligencję. Wystarczy zdobyć próbkę głosu wnuczka ofiary by przemówić do niej jego głosem.
Dzwoni telefon. Nieznany numer. W słuchawce spanikowany głos. — Babciu, mam problem, miałem wypadek, telefon się roztrzaskał, pan policjant pozwolił mi zadzwonić ze swojego. Babcia niczego nieświadoma upewnia się — Patryczek? Oszust już wie jak ma na imię i skwapliwie potakuje. Potem opowiada jakie straszne nieszczęście go dopadło i jak bardzo potrzebuje pieniędzy. Stara, znana metoda, ale jeszcze działa. Są oczywiście nowsze, bardziej wyrafinowane. Każdy ma lepsze i gorsze chwile, jest skupiony bądź rozkojarzony. Jeśli oszust trafi na moment słabości może osiągnąć cel, ponieważ zawsze wykorzystywana jest presja czasu — już, natychmiast, bo jak nie to mnie zamkną lub stanie się coś jeszcze gorszego.
Oszustwo można, a nawet trzeba zgłosić na policję, jednak z przyjmowaniem zgłoszeń jest różnie, a z wykrywaniem sprawców bywa tragicznie. Sprawy wloką się miesiącami i nawet jak znajda finał w sądzie to potrafią minąć lata. Na dodatek sądy są bardzo surowe dla okazjonalnych złodziei, którzy ukradną batonik czy nie wydadzą paragonu i pobłażliwe dla tych, którzy działają na znacznie większą skalę. Poza tym oszustwo nie jest tak łatwo udowodnić, ponieważ należy wykazać, że sprawca celowo wprowadził w błąd aby osiągnąć korzyść majątkową, doprowadzając do niekorzystnego rozporządzenia mieniem. Dlatego zawsze i wszędzie trzeba zbierać dowody i mieć świadków. Byle nie za dużo, bo wtedy miesiącami będą przesłuchiwani.
Zupełnie inaczej ma się sprawa gdy ktoś fałszywie kogoś oskarży, ponieważ nie zawsze trzeba udowadniać winę, bywają sytuację, gdy trzeba udowadniać niewinność. Szerokie pole do nadużyć daje ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Choć teoretycznie jej celem jest przerwanie spirali przemocy, to z powodzeniem można za jej pomocą spróbować pozbyć się bliskiej osoby z mieszkania oskarżając ją o przemoc psychiczną. Jest to doskonały sposób, ponieważ jeśli zmówi się kilkoro członków rodziny przeciw jednej, to ona praktycznie nie ma szans. No bo jak udowodni, że nie groził, nie obrzucał wyzwiskami, nie szantażował nie upokarzał i nie robił innych strasznych rzeczy, jeśli żona słyszała, syn i córka też? A przygotować się do zeznań jest bardzo łatwo, ponieważ bez trudu można znaleźć porady co należy w takich sytuacjach mówić. Przy czym oskarżeń czy wręcz pomówień nie trzeba jakoś specjalnie udowadniać, bo w tym przypadku istnieje domniemanie winy i na „sprawcy” spoczywa ciężar udowodnienia, że jest niewinny.
Wymiar sprawiedliwości jest w Polsce kompletnie rozregulowany. Poważne sprawy prokuratura potrafi umorzyć w tydzień, a sprawy, które powinny być jak najszybciej doprowadzone do końca ponieważ zagrożone jest życie i zdrowie potrafią ciągnąć się rok i dłużej. Sądy z kolei uginają się pod naporem spraw, bo teraz praktycznie wszyscy ze wszystkim biegną do sądu. Z kolei niejasne, nieprecyzyjne przepisy otwierają pole do interpretacji i nadużyć. Weźmy ostatnie zamieszanie z sędziami Trybunału Konstytucyjnego. Przepisy stanowią, że sędziwie składają ślubowanie wobec, czyli w obecności prezydenta. Tu akurat nie ma pola do interpretacji, ale Nawrocki znalazł. Uznał, że wobec tego nie przyjdzie i już. Konstytucyjny organ nie będzie działał tylko dlatego, że prezydent strzelił focha, choć nie ma do tego prawa.
Dywagacje