Operacja „Sodoma cz. 6

— Do mnie mówisz? — zdziwił się Zorobabel. Nie chciało mu się w głowie pomieścić, że to właśnie on może być przyczyną całej awantury. Czego ci ludzie od niego chcą?

Po chwili przestał wątpić, że idzie jednak o niego, gdyż wraz ze swoimi towarzyszami znalazł się w środku rozjuszonej czeredy, wyzywającej i wymachującej mu pięściami przed nosem.

— Spokój! — krzyknął Joas.

Podszedł do Zorobabela tak blisko, że piersią oparł się niemal o pierś i oskarżycielskim gestem wyciągnął do niego trzymane dotychczas za plecami zawiniątko.

— Co to jest? Mów, starcze!

— To? To jest mój tobołek podróżny — oświadczył pogodnie Zorobabel i uśmiechnął się przepraszająco. — Istotnie, zostawiłem go w gospodzie. Jeżeli sprawił wam jakowąś niewygodę, wybaczcie.

Ciągle jeszcze nic nie rozumiał.

— Znaleziono w nim składane skrzydła anielskie — głos Joasa był równie zimny jak jego spojrzenie. — Czy możesz nam wytłumaczyć, co to znaczy?

— Szpicel! — ryknął Hamuel.

— Ukamienować! — darł się Salef, aż podskakując z przejęcia.

— Ukamienować! — wyła gromada.

Straszliwy rwetes wywabił z mieszkań wiele osób zażywających dotychczas południowej sjesty. Rynek zapełnił się zaciekawionymi ludźmi, gorączkowo rozpytującymi, co się stało. Jedni pytali, a drudzy, równie niezorientowani, chętnie udzielali odpowiedzi, albowiem nikt nie lubi przyznawać się, że czegoś nie wie. Wskutek tego po kilku minutach w różnych miejscach wiedziano już, że: emisariusz wrogiego wywiadu zasztyletował Jachsyjela, burmistrza; obrabowany został sklep jubilerski Sydona, a sam właściciel powieszony w wystawie na naszyjniku z fałszywych brylantów; schwytano zbrodniarza, który jedną po drugiej zgwałcił dwanaście kapłanek świątyni, ostatnie, pokazowe dziewice miasta.

Nawet Jeracha, zaniepokojona wrzaskami, wyszła na taras z filiżanką kawy i manuskryptem Prawodawcy w ręce. Z sąsiedniego balkonu ukłoniła się jej ciocia Achsa, ale Czcigodna wzgardliwie odwróciła głowę i udała, że nie widzi. Wywołało to oburzenie wszystkich pensjonariuszek cioci, tłoczących się w oknach.

— Mów, starcze! — warknął Joas, uspokoiwszy nie bez trudu swoją kompanię.

— Przecz żądasz, iżbym mówił, Joasie, synu Kaleba? — powiedział Zorobabel spokojnie, ale brew jego ściągnęła się i w głosie jego zabrzmiał metal. — Odnalazłeś insygnia — nawiasem mówiąc nie grzebie się w cudzych tobołkach, to nieładnie — skoro jednak uczyniłeś tę rzecz i odnalazłeś insygnia, zatem już wiesz: jesteśmy twoimi sędziami.

Joas, zaskoczony, stracił się na moment. Szybko jednak odzyskał kontenans.

— Moimi sędziami? — roześmiał się obraźliwie. — Bredzisz, starcze! W tym mieście wszyscy sędziowie są moimi, bo im za to płacę. Ale wy jesteście obcy.

— Joas, w czapę szpicla! — podburzał Hamuel. — Co będziesz z byle kim rozmawiał!

— Jednakowoż jest tak, jako ci rzekę, Joasie-Huncwocie — mówił dalej Zorobabel, a głos jego z każdym słowem dźwięczniał i ogromniał. — Jesteśmy sędziami twoimi i braci twoich, i wszystkich kompanionów twoich zbójeckich, i wszystkich mieszkańców miasta tego. Zali nikt z was nie słyszał głosu z góry?

Powiało niepokojem. Mieszkańcy miasta zaczęli się oglądać jeden na drugiego.

— Jaki głos? Co on chrzani? — wzruszył ramionami Salef.

— Kto ma czas na słuchanie głosów, za dużo interesów na głowie — powiedział Hamuel i roześmiał się głupkowato.

— Ja słyszałam.

To była Ceila. Stojący obok wypchnęli ją naprzód, znalazła się obok Joasa.

— Nawet chciałam ci o tym powiedzieć, ale nie było kiedy. Siedziałam sobie w oknie, susząc w słońcu włosy moje umyte w oślim mleku i spłukane wonnymi olejkami. Właśnie wtedy odezwał się ten głos.

— I co mówił?

— Nie wiem, bo akurat nadeszła Haggita i powiedziała, że od słońca włosy kruszeją i żebym uważała, bo olejki od Gedeona są fałszowane i źle wpływają na cebulki, powinno się kupować tylko zagraniczne. Ale coś mówił, na pewno.

Milczący dotychczas Lot, pełen współczucia, ale bezradny, postąpił krok naprzód.

— Ja wiem, co mówił.

Wszystkie twarze zwróciły się ku niemu.

— Ty też słyszałeś? — w tonie Joasa nie było zachwytu.

— Tak.

— Więc mów.

— Trzykroć ozwał się ów głos, podobny dźwiękiem trąbom spiżowym a siłą swoją równy głosowi gromu. Zapowiadał przybycie trzech posłów niebieskich, imiona których — Lot zastanawiał się przez chwilę — imiona których, o ile dobrze zapamiętałem, są: Zorobabel, Azaryjasz i Hod.

— Jam jest Zorobabel — powiedział Zorobabel.

— Jam jest Azaryjasz — powiedział Azaryjasz.

— A jam jest, jak nietrudno się domyślić, Hod — powiedział Hod.

W ciszy, która zaległa, kierownik jął wstępować z wolna na stopnie pomnika, ludzie z szacunkiem usuwali mu się z drogi. Azaryjasz i Hod szli za nim. A gdy obrócił się ku zgromadzonym, struchleli, bo dostojne oblicze jego prześwietlone było jakimś wewnętrznym światłem, a postać jego pełna nieziemskiej godności. Gestem proroka obie dłonie swoje wyrzucił ku niebu i przemówił gromko tymi oto słowy:

— Zsyła nas Szef, iżbyśmy uczynili sąd nad wami. Rozmnożył się albowiem grzech w mieście waszym a wszeteczeństwo i niezbożność wszelaka. Przeto rzekł Szef: ,,Natrę na nich, a wypełnię swój gniew nad nimi”.

— Takoż rzekł: ,,Podam ich na spustoszenie a wywrócę ich miasto niezbożne” — podjął z należną powagą i surowością Azaryjasz, ustawion po prawicy kierownika swego.

— Takoż rzekł: „I porozwalają się góry i upadną wysokie wieże i każdy mur obali się na ziemię. Deszcz gwałtowny i grad kamienny a ogień i siarkę spuszczę na nich i będą trupy ich jako gnój na ulicach” — grzmiał Zorobabel.

— Prywatnie mogę wam dodać — uzupełnił ustawion po lewicy kierownika swego Hod — że Szef już od dłuższego czasu przeprowadza próbne eksplozje. Ma pierwszorzędne wyniki.

Równocześnie w kilku miejscach zaczęły się szlochy i pochlipywania. Jakaś dziewczyna zaniosła się piskliwym krzykiem, nie można jej było uspokoić. Obok niej druga jęła rwać na sobie suknie, z wytrzeszczonych oczu wyzierał nieprzytomny lęk. Strach udzielał się, groziło wybuchem zbiorowej histerii.

— Chwileczkę! — krzyknął Joas. — Chwileczkę!

Zorobabel i jego obaj towarzysze obrócili na niego zdziwione spojrzenia. On zasię skokiem znalazłszy się obok nich, wsparł się pod boki i przemówił głosem, iżby słyszeli go wszyscy:

— Twierdzicie zatem, że jesteście niebieskimi posłami i nazywacie się Zorobabel, Azaryjasz i Hod. Pięknie. Czy możecie to udowodnić?

— Jakże to? — spytał zdumiony Zorobabel.

— Jakże to? — powtórzyli Azaryjasz i Hod.

Krzyki i szlochy urwały się, tłum zastygł w napięciu.

— Każdy się może podszyć, jeżeli słyszał głos z góry, a nie jest z miasta tego. Nie musimy wam wierzyć na słowo. Napisane jest: ,,Który twierdzi cokolwiek, podkładkę mieć musi”. Bez podkładki nawet anioł na wiarę nie zasługuje.

— Ten też cytuje! — jęknął Azaryjasz. — Kompletna zaraza…

— Pewnie, że nie musimy wierzyć im na słowo! Joas mądrze mówi! — ryknął Hamuel.

Stojący obok niego Neftuchym, nauczyciel tańca i znany sceptyk, pokręcił głową z powątpiewaniem.

— Do takiej afery trzeba sprytu i inteligencji. A oni wyglądają mi raczej na durniów, których stać tylko na uczciwość.

— Wylegitymujcie się i pokażcie delegację.

Joas czekał z wyciągniętą ręką.

— Nie mamy przy sobie — powiedział żałośnie Azaryjasz.

— Bo właśnie obrabowano nas — tłumaczył Hod.

— Tak…? Ciekawy zbieg okoliczności… — drwił Salef.

Przez tłum przebiegł nieprzychylny szmer.

— To prawda, skradziono nam tobołki nasze i dokumenta wszystkie — przekonywał zmartwiony Zorobabel.

— Twój tobołek jest tutaj — Joas podniósł do góry nieszczęsne zawiniątko. — Ale prócz skrzydeł są w nim tylko przybory toaletowe i sucha kiełbasa. Żadnych papierów nie widziałem.

— Były u Azaryjasza, on prowadził sekretariat.

— Kręci! — krzyknął Salef.

— Znamy takich cwaniaków! — wtórował mu Hamuel.

Na rynku szumiało. Im kto bardziej przerażony był przed chwilą, tym mocniej wstydził się teraz i tym większą pałał żądzą pomsty na tych, którzy napędzili mu stracha. Z kilku stron rozległy się wrogie okrzyki, pierwszy kamień świsnął obok głowy Azaryjasza,

— Strażnik Abisur wie, że nas okradziono! — krzyknął Azaryjasz, kuląc się. — Meldowaliśmy mu!

— Abisur! — zawołał Joas.

— Abisur! — powtarzano coraz dalej i dalej, wołanie rozchodziło się jak kręgi po wodzie albo uczestnicy po pochodzie. — Abisur!

Wreszcie ktoś odnalazł strażnika przycupniętego w załomie muru — wolał się nie mieszać. Wypchnięto go naprzód.

— Co wiesz o tych trzech? — spytał Joas.

— Nic nie wiem — mruknął Abisur niechętnie.

— Czy wiadomo ci, że zostali okradzeni?

— Ja tam nie byłem przy tym. Mnie oni od razu wydali się podejrzani, szczególnie ten gruby. Chciałem go nawet odprowadzić na odwach.

— Czy to prawda?

Azaryjasz milczał, opuściwszy głowę.

— A więc tak — powiedział Joas. — Sami widzicie. Mamy pełne prawo potraktować was jako oszustów, fałszywych sędziów i uzurpatorów. A wiecie, co się robi z takimi?

— Już tu paru rewidentów z własnego ramienia i na własny rachunek próbowało nas zagiąć — chichotał Salef. — Wierzcie mi, że bardzo tego żałowali!

Rumiane policzki Azaryjasza o ton przybladły, kolana Hoda zaczęły z lekka dygotać, nieziemskość i dostojeństwo Zorobabela więdły w oczach.

— Można oddać was pod sąd i sprawić, że zgnijecie w kryminale — rozważał na głos Joas.

— Nie ośmielisz się! — krzyknął Azaryjasz.

— Prościej jeszcze wsadzić was bez sądu.

— To bezprawie! Nie możesz tego zrobić! — protestował płaczliwie Hod.

— Mogę zrobić wszystko, co zechcę. Nazywają mnie Huncwotem i zapewniam was, że dobrze sobie na to miano zasłużyłem. Jest tu ze mną paru obrotnych chłopaków, wystarczy szepnąć im słówko, a oporządzą was tak, że sami nie będziecie wiedzieli, który z was jest którym.

Hamuel, dziobaty czeladnik rzeźnicki Ozeasz i znany zabijaka Rehu stali już obok niego w pełnej gotowości bojowej, czuło się, że swędzą ich ręce. Jednak Joas gestem powstrzymał ich.

— Ja jednak postąpię z wami łagodniej przez wzgląd na siwe włosy wasze.

— Dzięki ci, szlachetny zbóju — pisnął Hod.

— Jak również przez wzgląd na to, że swoim fałszywym proroctwom nadaliście utrzymaną w stylu i sugestywną formę. Dobra forma stanowi okoliczność łagodzącą dla każdego przestępstwa, nawet literackiego.

Zorobabel skinieniem głowy podziękował za uznanie.

— Strażnik Abisur odeskortuje was do rogatki i dopilnuje, abyście wynieśli się z miasta raz na zawsze. Żeby nasze oczy więcej was tu nie oglądały, zrozumiano? — Joas skończył i odwrócił się plecami do onych trzech. — Abisur!

— Tak jest! — trzasnął obcasami Abisur i wszedł po stopniach.

Wszelako gdy strażnik z trudem wydobył pałasz z pochwy i położył rękę na ramieniu kierownika, stała się rzecz nieoczekiwana i straszna. Gładka emalia nieba pękła nagle w trzech miejscach i trzy zygzaki błyskawic jak trzy złote kierunkowskazy zawisły na moment nad głowami Zorobabela, Azaryjasza i Hoda. Równocześnie rozległ się przeciągły grzmot, w którym była groźba i ostrzeżenie.

Większość zgromadzonych rzuciła się do ucieczki.

— Biada! — krzyczeli.

— Górze nam! — krzyczeli.

— Sędzię prawdziwi są, niebo się gniewa! — krzyczeli.

Jedni w popłochu kryli się po bramach lub chowali do mieszkań, jak gdyby ceglany strop mógł ich uchronić przed gniewem niebios, inni biegali w nieprzytomności wielkiej w tę i z powrotem, zderzając się, przewracając i tratując. Nieliczni tylko zachowali spokój i równowagę umysłu.

— A nie mówiłem? — mruknął do Hamuela nauczyciel tańca Neftuchym.

— Cholera! — odpowiedział Hamuel.

Nie opodal pomnika meteorolog Elij ab usiłował przekonać kilka osób, że nagłe wyładowanie atmosferyczne może być naturalnym następstwem zetknięcia się dwóch mas powietrza o różnej temperaturze, że jeżeli nieoczekiwanie front wyżowy i front niżowy… Ale nie chcieli go słuchać.

— Wypchaj się ze swoimi frontami — burknął najbliższy sąsiad.

— Oni to tak zawsze — poparł go drugi. — Wyż, niż i g… wisz!

— Jak to? — lamentowała w górze Czcigodna, załamując ręce. — Więc wszystko zginie i nie pozostanie nic? Nawet te usta, które on całował, i te włosy, które głaskał, i te biodra, które pieścił…?

Joas miał największy kłopot z Ceilą, która dostała ataku histerii.

— Ja nie chcę być jako gnój na ulicy! — krzyczała nienaturalnym dyszkantem, bijąc go swoimi dziecinnymi piąstkami i wierzgając. — Nie chcę, słyszysz!

— Uspokój się! — huknął na nią i mocno potrząsnął za ramiona. — Uspokójcie się wszyscy! Natychmiast!

Na niektórych podziałało, oprzytomnieli. Innym z wolna przywracał równowagę spokój na niebie, które znów było nieskazitelnie gładkie, niebieskie i codzienne.

— Nie będzie tak źle. Jeżeli Joas wam mówi, żebyście byli spokojni, to już on na pewno coś wymyśli, zobaczycie! — pocieszał Salef.

— Nic nie wymyślę. Ale wiem jedno: jeśli prawdą jest proroctwo, któreśmy tu słyszeli, jeśli jesteśmy już osądzeni i tak czy owak musimy zginąć, to nie warto się tym dłużej zajmować. Roztkliwianie się nad sobą nic nam nie da, lepiej ostatnie chwile spędzić w przyjemny sposób. Wróćmy więc do gospody, pijmy wino i weselmy się!

Ten program licznym spośród obecnych trafił do przekonania. Rozległy się okrzyki:

— Słusznie!

— Wracajmy do gospody!

— Co sobie mamy żałować?

— Raz kozie śmierć, wypijmy jeszcze ćwierć!

Ruszyli w stronę gospody, nie zwracając uwagi na Zorobabela, który coś do nich wołał.

-— Stary złodzieju — klepnął Lota Hamuel — nabijesz ty sobie dzisiaj kabzę! Koniec świata to żniwo dla katabasów i knajpiarzy.

— Będziesz miał zaskórniaka na tamten świat! — zarechotał Ozeasz.

— A potem przyjdźcie wszyscy do mnie — krzyczała ze swego balkonu ciocia Achsa. — Ogłaszam ogólną obniżkę cen! Specjalne ulgi dla inwalidów i młodzieży akademickiej!

Tłum ucieszył się.

— Brawo, ciocia Achsa!

— Oto jest godna odpowiedź!

— Oto jest społeczne podejście!

Rozdzielili się na dwie grupy, jedna zmierzała nadal w kierunku gospody, druga skręciła od razu w stronę lupanaru. Trzej sędziowie, podkasawszy szaty i puściwszy się pędem, z trudem zdołali zabiec im drogę.

— Stójcie! — wołał zdyszany Hod.

— Zaczekajcie! — sapał Azaryjasz.

— To jeszcze nie wszystko! — z wysiłkiem chwytał powietrze Zorobabel.

Zatrzymali się niechętnie.

— Jeszcze nie wszystko? — zdziwił się Joas. — A cóż może być więcej?

— Słuchajcie mnie! — powoli odzyskiwał głos kierownik. — Miecz zagłady, który zawisł nad głowami waszymi, może być odwrócon tak, iż porażeni od niego nie zostaniecie. I dni wasze, które są policzone, nieprzeliczonymi znów uczynione być mogą. Powiedziane jest albowiem: „Jeżeli znajdzie się dziesięciu sprawiedliwych w tym mieście, odpuszczone zostanie wszystkiemu miejscu dla nich”.

— Dziesięciu sprawiedliwych? W naszym mieście? — Joas roześmiał się.

— Dziesięciu sprawiedliwych? Takich, co ani piją, ani rozrabiają, ani cudzołożą — zachowując oblicze powagi pełne drwił Salef — jeno wąchają kwiatki i kochają dziatki?

— Już jak on coś powie, to doprawdy kolki można dostać! — zachichotała Haggita.

— Dziesięciu sprawiedliwych, powiadasz? — dopytywał się Hamuel. — Takich, co ani kradną, ani oszukują, ani kombinują na lewo, co?

— Ani nawet do rączki nie wezmą — dodał smutno Abisur.

— Jeno jadą nie smarując.

— I w świetlaną przyszłość się patrzą.

— I z radosnym okrzykiem z gołej pensji żyją.

Buchnął śmiech ogromny i tak zaraźliwy, że jak fala porywał coraz to nowych. Po kilku chwilach już cały rynek zanosił się, tarzał, pokładał, ryczał, kwiczał, rżał. Łzy im spływały po policzkach, ramiona trzęsły się, brzuchy podrygiwały. Długo trwało, zanim się uspokoili, bo co który spojrzał na drugiego, dostawał nowego ataku. Trzej sędziowie stali bezradni i ogłupiali.

— No, rebiata, dosyć! — zawołał wreszcie Salef, z wysiłkiem opanowując wesołość. — Szkoda czasu na dalsze gadanie, idziemy na wino!

— Zaczekaj — powstrzymał go Joas i zwrócił się do Zorobabela. — A któż ma decydować, kto jest sprawiedliwy, a kto nie? Ty?

— My — patetycznym gestem kierownik objął siebie i obu swoich towarzyszy. — Kolektywnie.

— Czy zdajesz sobie sprawę, jak łatwo popełnić możecie błąd? Przecież jest powiedziane: „Kto sprawiedliwy na jednym etapie, ów na drugim sprawiedliwy nie jest. A kto sprawiedliwy na obydwóch, ów częstokroć wart tyle co pusta skorupa wyrzucona na śmietnik”.

— Nie pouczaj nas — oburzył się Zorobabel. — Jesteśmy dobrze przygotowani do wypełnienia naszej misji.

— I wasz wyrok będzie ostateczny i nieodwołalny?

— Ostateczny i nieodwołalny!

— Dobrze. Załatwimy tę sprawę.

Joas skinął na Lota.

— Nakryj najlepszy stół w swoim ansztalcie i wydobądź z piwnicy jakowąś godną butelkę, a nikogo postronnego do wnętrza nie puszczaj. Wolą moją jest pomówić z dostojnymi sędziami na osobności.

— W gospodzie? — zmarszczył się Zorobabel. — Zaprawdę, o lokalu onym zachowałem zmazy pełne wspomnienie i pięta moja zadrży, przestępując próg jego.

-— Zważ poza tym, jako nie pijamy napojów alkoholowych — oświadczył z godnością Hod.

— Mam na górze pokój osobny ku ugoszczeniu a zamieszkaniu znaczniejszych osobistości — wtrącił się Lot. — Tam będziecie mogli najspokojniej porozmawiać.

Joas kiwnął głową.

— Dobrze. Salef i Hamuel pójdą ze mną.

— A ja? — spytała Ceila. — Nie mogę pójść z wami, Joasku?

— Tam się będzie mówiło o interesach. To by cię znudziło.

Na piętro wiodły schody wąskie i niewygodne, za to karmazynowym chodnikiem z Afir wyłożone. Po jednej stronie mieściły się pokoje Lota i jego rodziny, po drugiej apartament gościnny z łożem szerokim, baranimi skórami moszczonym, a meble w pomieszczeniu onym były z drzewa cedrowego misternie rzezanego i złotem parwaimskim zdobione.

— Zechciejcie siąść — zapraszał restaurator — i czujcie się jako u siebie.

Przyniósł i postawił na stole dzban wina przedniego i drugi wody źródlanej, po czym wyszedł na palcach i starannie drzwi za sobą zamknął.

— Ładna pogoda dzisiaj, czyż nie? — zagaił umiejętnie Joas.

— W rzeczy samej — odparł grzecznie Zorobabel.

— Może nieco zbyt upalnie — zauważył Hamuel.

— Można jednakowoż żywić nadzieję, iż pod wieczór zrobi się chłodniej.

— O tak, bez wątpienia.

— To teraz możemy już przejść do rzeczy — powiedział Joas. — A więc według mnie sprawa jest prosta. Jutro wyślecie do swego Szefa sprawozdanie. Napiszecie, że odnaleźliście dziesięciu sprawiedliwych. I po kłopocie.

— Może lepiej jedenastu? Żeby nie było tak okrągło — podsunął Salef.

Joas napełnił winem trzy kieliszki i nalał wody do trzech szklanek.

— Trąćmy się za pomyślne zakończenie. Prosit!

— Ale czy do jutra zdołamy ich odnaleźć? — zatroskał się Zorobabel.

— To nie ma znaczenia.

— Jakże to…?

Joas uśmiechnął się pobłażliwie.

— Naturalnie nie żądamy takiej przysługi za darmo.

— Wynagrodzimy was sowicie — huknął Hamuel i przyjacielsko klepnął Azaryjasza w kolano.

— Namawiacie nas do oszustwa? — kierownik aż poczerwieniał z oburzenia. — Chcecie, iżbyśmy świadczyli na przekór faktom?

— Fakty mijają, akty pozostają. Liczy się to, co jest napisane — tłumaczył Joas cierpliwie.

— Możecie nam wierzyć, mamy doświadczenie — przekonywał Salef.

— Biada mi! — jęknął Azaryjasz. — Zali wyobrażacie sobie, że po czymś takim moglibyśmy stanąć przed obliczem Szefa i spojrzeć w oczy jego?

— Pomyślałem i o tym. Możecie zostać z nami. Urządzimy was.

— A jak my was urządzimy, to będziecie mieli jedwabne życie.

— Będziecie zarabiali mnóstwo pieniędzy.

— To, co nam proponujecie, jest niegodne! Niegodne i wstrętne! — krzyknął Hod. Tak mocno ścisnął w ręce swoją szklankę, że pękła. — Nie mówiąc już o tym, że my nawet nie wiemy, jak się zarabia pieniądze — dodał po chwili z zażenowaniem.

Joas, Salef i Hamuel roześmieli się.

— Pieniądze można zarabiać na wszystkim.

— Na zbożu i winie.

— Na skórze i aloesie.

— Na złocie.

— Na mięsie.

— Na nowych domach.

— Na starych szmatach.

— Przede wszystkim na własnej zmyślności i cudzej głupocie.

— Trzeba mieć tylko głowę na karku.

— Gwarantujemy wam — oświadczył Salef — że za rok będziecie mieli luksusowe wille i konta bankowe.

— I nałożnic młodych, ile tylko zapragniecie — dodał Hamuel.

— A więc?

Zorobabel wstał. Oblicze jego było jak z kamienia, oczy miotały błyskawice.

— Przenigdy! — rzekł.

Podnieśli się wszyscy z miejsc swoich.

— Czy to ostatnie twoje słowo, starcze? — spytał Joas.

— Ostatnie. Jesteśmy nieprzekupni.

— I co z tego macie?

— Spokój sumienia naszego — powiedział Zorobabel.

— Prawo do zadowolenia z siebie — powiedział Azaryjasz.

— Poczucie spełnionego obowiązku — powiedział Hod.

Joas wzruszył ramionami.

— Trudno, jak chcecie. Zastanówcie się tylko, czy to, co uważacie za sprawiedliwe, jest rzeczywiście sprawiedliwe. Że ulegnie zagładzie miasto i zginą tysiące ludzi tylko po to, abyście za tę cenę wy trzej pozostali w zgodzie ze sobą i zachowali spokój sumienia.

— Piekielna kazuistyka! — wzdrygnął się Azary-jasz. — On musi być albo diabłem, albo prawnikiem.

— I czy rzeczywiście zachowacie potem spokój sumienia? Ja wątpię.

— Nie mamy wyboru — uciął Zorobabel.

— Ludzie zawsze mają wybór.

— Ale oni są aniołami — powiedział z przekąsem Salef.

— Dlatego właśnie ludzie tak nie lubią aniołów. Jest to, powiedziałbym, antagonizm przyrodzony. — Joas skinął na swoich kompanów. — Chodźmy, nic tu już po nas.

Trzasnęły drzwi.

Trzej sędziowie milczeli przez chwilę.

— Wszystko to nie jest takie proste, jak Szef sobie wyobrażał — mruknął Azaryjasz.

— Nie jest proste. Stworzyć człowieka było stosunkowo łatwo, ale co dalej? Jak sobie z tym fantem radzić? — zastanawiał się ponuro Hod.

Zorobabel nie mówił nic. Podniósł do góry nie opróżniony kielich wina i bezmyślnie wpatrywał się, jak promienie zniżającego się powoli słońca załamują się w rubinowym płynie. Nagle przytknął kielich do ust i wychylił jednym haustem. Nawet się nie skrzywił, być może wcale tego nie zauważył. Azaryjasz i Hod na wszelki wypadek postanowili udawać, że też nie zauważyli.

Zapukano do drzwi. To był Lot. Zapytał, czy dostojni sędziowie nie zechcieliby przyjąć burmistrza, który czeka na schodach już od pół godziny.

— Niech wejdzie — powiedział Azaryjasz.

Burmistrz Jachsyjel był to mąż w leciech, ale czerstwy i postawny. Trzymał się godnie, a strój jego odznaczał się tą dyskretną elegancją, jaka cechuje dyplomatów i międzynarodowych złodziei hotelowych. W sumie należał do rzadkiego gatunku ludzi, na których widok wie się od razu: to jest ktoś. Niektórzy twierdzili zresztą, że reprezentacyjny wygląd stanowił jedyny tytuł do piastowania przez niego tak wysokiego urzędu.

Był w poważnym kłopocie, bo nie wiedział, jak zwracać się do trzech sędziów, aby pozostać w zgodzie z protokołem: per „niech anieli”? per „proszę proroków”? Wybrał formę, która wydała mu się najmniej ryzykowna. Skłonił się nisko i przemówił tymi słowy:

— Jestem głową miasta tego i przyszedłem, aby ich powitać i siebie na usługi ich oddać. Takoż zgryzotę wyrazić i sromotę wielką, że w mieście, którego głową jestem, spotkały ich na progu obrzydliwości haniebne. Do czego by nigdy dojść nie mogło, gdyby się jak należy do magistratu z delegacją swoją zgłosili i po linii urzędowej oraz zgodnie z przepisami rzecz załatwili.

— Witaj nam, burmistrzu — powiedział uprzejmie Zorobabel. — Cieszymy się z poznania ciebie i usługi twoje wdzięcznie przyjmujemy.

Zza pleców Jachsyjela wychylił się mały, brzydki człowieczek, o twarzy pomarszczonej jak skóra podstarzałej hipopotamicy i o sprytnych, błyszczących oczkach. W ręce trzymał zwój papieru.

— A to jest mój sekretarz — przedstawił burmistrz. — Wysoce kształcony, w czytaniu i pisaniu wielce wprawny oraz językiem urzędowym biegle władający. Przywiodłem go ze sobą, ponieważ przewiduję, że zajść może potrzeba ułożenia odezwy do obywateli miasta. Nazywa się Chodorlahomer.

Sekretarz ukłonił się z szacunkiem.

— Najkrótszy człowiek o najdłuższym imieniu — powiedział i zachichotał. Miał duże poczucie humoru i zawsze bardzo się śmiał z dowcipów burmistrza i swoich. Inne uważał za niedobre.

Pomysł z odezwą uznany został za trafny i jednomyślnie zaakceptowany. Zasiedli wszyscy razem do jej układania.

W godzinę potem stary woźny magistracki Booz stanął pośrodku rynku w galowym uniformie, na twarzy miał wyraz niezmiernej powagi, na parcianych szelkach zawieszony urzędowy bęben największego rozmiaru, używany tylko w okolicznościach wyjątkowej wagi. Bębnił pracowicie przepisowy kwadrans, a gdy otoczył go szczelnie tłum wielce niespokojnych mężów, niewiast i dzieci, nałożył okulary w drucianej oprawie (wszyscy albowiem starzy woźni magistraccy noszą okulary w drucianej oprawie) i uroczyście odczytał tekst odezwy:
„Wszem mieszkańcom miasta, nie zważając na ich wiek, płeć i stan, niniejszym nakazuje się surowo, co następuje. Któren sam sprawiedliwym jest lub któren o sprawiedliwym wie, że takowy takowym jest, obowiązan zgłosić się niezwłocznie do magistratu z należnymi dowodami a załącznikami, które na ten raz od wszelkich skarbowych i stemplowych opłat odnośnym postanowieniem zwolnione są. Któren nie zgłosi się, na podstawie odpowiednich paragrafów więzieniem lubo grzywną ukaran będzie, lubo jednym i drugim równocześnie. Jako też torturom wyszukanym suchym i mokrym poddan dodatkowo być może. Takoż ku wiadomości a rozwadze podaje się, że jeśli w prekluzyjnym terminie nie najdzie się dziesięciu sprawiedliwych w mieście, wywrócone ono zostanie i gradem kamiennym a siarką wytracone wraz z wszystkimi, którzy żywią, bez względu na stanowisko i majątek. Podpisano: Jachsyjel, burmistrz”.

W dziesięciu punktach miasta przystawał Booz, bębnił i odczytywał odezwę. W dziesięciu miejscach wysłuchiwał jej tłum, milczący i uważny.

Jednak do wieczora nie zgłosił się nikt.

Dodaj komentarz