W czasach minionych wyśmiewano komunistyczną nowomowę. Działacze partyjni posługiwali się wyszukanym językiem. Unikali prostego i zrozumiałego języka z upodobaniem stosując słowa-wytrychy. Mówili długo, kwieciści, mądrze i przekonywająco, ale praktycznie nikt nie potrafił powiedzieć co powiedzieli. Na przykład w ramach walki o prawa kobiet do pracy postulowali, „by odcinek kobiecy nabrał lepszego niż dotychczas kierunku w sprawach produkcyjnych”. Uwielbiali także przymiotniki, którymi ozdabiali powszechnie znane i rozumiane słowa nie tylko rozmywając ich pierwotne znaczenie i sprawiając, że stawały się niezrozumiałe i nie niosły żadnej informacji. Na przykład „będziemy starać się wzmocnić czujność rewolucyjną na wszystkich odcinkach”. Co to jest czujność rewolucyjna, gospodarka i demokracja socjalistyczna, związek radziecki, front narodowy?
Po transformacji i zniesieniu cenzury wydawało się, że nowomowa zniknie i wszyscy będą posługiwać się zwykłą, zrozumiałą dla wszystkich, poprawną polszczyzną. Nic z tych rzeczy. Niedouczeni politycy, wspierani przez równie niedouczonych wyrobników klawiatury i mikrofonu nie są w stanie sklecić kilku zdań bez udziwniania i komplikowania. Nie powiedzą ‚obecnie’, ‚teraz’ lecz ‚na chwilę obecną’. To co działo się ‚dzisiaj’ według nich miało miejsce ‚w dniu dzisiejszym’. Polityk nie ‚wie’. On ‚ma’ lub ‚nie ma wiedzy’. Zdanie „dzisiaj rżnę głupa” w jego ustach przybierze formę „na dzień dzisiejszy nie mam wiedzy jakie słowa padły z ust kolegi w kierunku prezesa”.
Gdy ktoś coś powinien zrobić, lecz tego nie zrobił, mówimy, że ‚miał to zrobić’. Ogólnie rzecz biorąc pw powszechnym odbiorze połączenie czasownika mieć z bezokolicznikiem wyraża czynność, która nie wydarzyła się. Józek miał kupić cukier i mąkę, a kupił piwo i papierosy. Włamywacze mieli dokonać rabunku, ale w ostatniej chwili zmienili plany i poszli na grzyby. W mediach jednak ta forma króluje. Portal wPolityce poinformował, że poseł „miał jechać samochodem 200 km/h i odmówić przyjęcia mandatu” i „miał zostać zatrzymany przez policję”. W rzeczywistości poseł pędził samochodem na złamanie karku 200 km/h, odmówił przyjęcia mandatu i został zatrzymany przez policję.
Ciekawa jest informacja o Rosjanach, którzy „mieli wystrzelić drugą rakietę balistyczną Oriesznik w kierunku Ukrainy”, ponieważ ta rakieta nie miała eksplodować podczas loty we wskazanym kierunku, a mimo to eksplodowała. Trudno zrozumieć dlaczego media z oślim uporem o czymś, co miało miejsce piszą, że miało mieć. To jakaś forma asekuracji, czy zwykłe nieuctwo? Jak można dogadać się z kimś, kto posługuje się nieprecyzyjnym, wypaczonym, nieoprawnym językiem?
Jeśli ktoś wypowiadał się na czyjś temat, to nim mówił o nim ani do niego, tylko kierował słowa pod jego adresem. To kolejny ulubiony, nagminnie wykorzystywany przez media zwrot. Były wiceminister Woś na przykład mówiąc o sędziach, którzy nie kierują się wytycznymi centrali PiS-u, lecz orzekają w oparciu o przepisy, nie powiedział do nich „wszyscy won!” On to powiedział pod adresem sędziów. W ogóle dziennikarstwo na najwyższym poziomie skupia się na rzeczach najważniejszych. Dobry dziennikarz nie pyta fachowca o to, na czym się zna, ale na przykład co czuł, względnie co sobie pomyślał gdy o czymś usłyszał, czy przypadkiem nie złapał się za głowę i o podobne kluczowe kwestie.
Oczywiście bełkotliwych określeń zastępujących pojedyncze słowa, rozmywających znaczenie nie tylko poszczególnych słów, ale całego przekazu jest znacznie więcej. Na dodatek coraz częściej okazuje się, że publikujący w mediach nie rozumieją znaczenia poszczególnych słów i zwrotów. Na przykład gdy coś zostało wcześniej zaplanowane, ale było odkładane, znajdowało się w fazie przygotowywania względnie nadszedł właściwy moment na realizację, to zapowiada się to często za pomocą zwrotu ‚a teraz nadeszła pora na…’ Portal „Dziennika Gazety Prawnej” uznał, że huragan jest istotę żywą, rozumną i skrupulatnie zaplanował sobie trasę przelotu, dlatego »Po Jamajce pora na Kubę i inne kraje. Niszczycielski huragan Melissa zostawił po sobie zgliszcza«. ‚Zgliszcza’ to resztki czegoś, co się spaliło, pogorzelisko.
A miało być normalnie…
Dywagacje
Poza tym niemal każda publikacja poparta jest dziś opinią „eksperta”. Mało kto wyraża własną ocenę opisywanego wydarzenia. Za to królują opinie „ekspertów”. Samozwańczych ekspertów – ma się rozumieć.
Eksperci przeważnie są dobierani pod tezę.