Powoli, powoli wszystko zaczyna się klarować, poszczególne elementy układanki, decyzje i zaniechania zaczynają do siebie pasować. Oczywiście działania lub ich brak wcale nie muszą być intencjonalne. Mogą być spowodowane brakiem kompetencji lub wyobraźni, chęcią zaszkodzenia przeciwnikom politycznym, a nawet zwykłą głupotą. Na przykład były prezes IPN-u, który wolą prezesa partii, wyborców i koalicji, która nie dopuściła do przeliczenia głosów i prawdziwego wyniku wyborów, został uczyniony prezydentem. Lenin uważał, że nawet kucharka po przeszkoleniu mogłaby kierować państwem, dzielny polski naród potwierdził tę tezę w praktyce czyniąc prezydentem osobę bez kompetencji, która z polityką miała do czynienia tylko wtedy, gdy brała do ręki „Politykę”, nie ma żadnych doświadczeń, za to ma rozległe koneksje w półświatku. Której na dodatek bardzo szybko władza uderzyła do głowy.
W rozmowie z radiem Wnet pan prezydent, używając przynależnego władcom pluralis maiestatis był łaskaw zauważyć, że sytuacja, w której prezydentem jest były prezes Instytutu Pamięci Narodowej, a wicemarszałkiem Sejmu postkomunista jest czymś zupełnie normalnym dopóty, dopóki wicemarszałek nie zostanie marszałkiem. Mamy dziś sytuację w państwie, w której prezydentem Polski jest antykomunista i były prezes Instytutu Pamięci Narodowej, marszałkiem Sejmu jest postkomunista – mamy bardzo odległe wizje państwa, przeszłości, myślę, że także naszej przyszłości, ale będziemy przyglądali się temu, jak ta współpraca prezydenta i marszałka wygląda. Nie ma sensu dociekać co dziś znaczy być antykomunistą, jeśli komunę zna się ze swoich książek i mniej lub bardziej jawnie sympatyzuje z neonazistami. Jeśli w obliczu prowadzonej przez agresora wojny wroga upatruje się w sojusznikach.
Gdy w Niemczech ktoś wystawił na aukcję pamiątki po holokauście prezydent zawrzał świętym oburzeniem. Jego rzecznik prasowy Rafał Leśkiewicz poinformował, że prezydent oczekuje reakcji acz nie niemieckiego, lecz polskiego rządu.
Prezydent RP Karol Nawrocki oczekuje od polskiego rządu, żeby zażądał zwrotu, w ostateczności wykupił wszystkie pamiątki po Ofiarach zbrodni niemieckich na ziemiach polskich, a koszt tego przedsięwzięcia doliczył do ogólnego rachunku reparacyjnego!
Niemcy wywołały II wojnę światową, Polska była jej pierwszą ofiarą. Niemieckie winy nigdy nie zostały rozliczone, czego skutki odczuwamy do dzisiaj.
Prezydent będzie konsekwentnie domagał się reparacji za niemieckie zbrodnie dokonane w Polsce w czasie II wojny światowej!
Były prezes Instytutu Pamięci Narodowej nie chce pamiętać, że owszem, Niemcy wywołały II wojnę światową, ale z aktywnym wsparciem Związku Radzieckiego, który także dokonał inwazji niecałe trzy tygodnie później. Niemcy jeszcze nie zdążyli uruchomić obozów koncentracyjnych, a już w Katyniu i w innych miejscach Rosjanie dokonywali masowych zbrodni. Gdy jednak kilka dni temu na cmentarzu w Katyniu zdemontowane przez dyrekcję Kompleksu Pomnika Katyńskiego zostały płaskorzeźby Orderu Virtuti Militari oraz Krzyż Kampanii Wrześniowej, Karol Nawrocki nabrał odważnie wody w usta. Nie odezwał się ani jako prezydent, ani jako były prezes IPN-u, ani nawet jako Batyr. Nie domaga się nawet od polskiego rządu, żeby „coś z tym zrobił”.
To wszystko układa się w jedną, spójną całość. Gdy 20 lat temu Prawo i Sprawiedliwość pierwszy raz doszło do władzy zaczęło systematycznie rozmontowywać polskie służby specjalne. Nie można nie docenić wkładu niedoszłego koalicjanta, czyli PO. Wspólnie udało się unieszkodliwić Wojskowe Służby informacyjne i narobić innych szkód. Potem PO przejęła władzę, ale zrobiła niewiele, a raczej nie zrobiła nic zgoła, żeby służby specjalne odbudować i wzmocnić. Wręcz przeciwnie, kłopoty mieli nie ci, którzy łamali prawo, lecz funkcjonariusze, którzy kierowali się etosem służby. Przypomnijmy sobie. Funkcjonariusz P. S.
wykonując swoje obowiązki służbowe, zatrzymał samochód. Kierował nim watykański ksiądz Stival Cianciarello. Podróżując po Bieszczadach, nie zapalił świateł i przekroczył dozwoloną prędkość o przeszło 30 km/h. Sierżant postanowił wystawić mu mandat wysokości 200zł i pouczył, że na bieszczadzkich serpentynach trzeba jechać ostrożnie. Do rozmowy włączył się towarzyszący księdzu pasażer. Krzyczał na policjanta i agresywnie gestykulował. Wysiadł też z samochodu mimo sprzeciwu policjanta. Po miesiącu policjant został wezwany do przełożonego.
Potem było jeszcze ciekawiej, bo
w niespełna miesiąc później P. S. został aresztowany. Tym razem otrzymał poważniejsze zarzuty. Nielegalne posiadanie broni, jej przetwarzanie i handel nią. […] W wyniku przeszukania domu sierżanta zabezpieczono dwa telefony komórkowe i nie znaleziono żadnej broni. Przeszukania dokonano także u rodziców P. S. Sześciu funkcjonariuszy z bronią gotową do strzału, w kominiarkach, o szóstej rano wtargnęło do ich domu. Para starszych ludzi była szarpana i popychana. Przeszukanie trwało kilka godzin. Ani broni, ani mandatów nie znaleziono. Zabezpieczono komputer, telefon komórkowy i zdjęcia wnuków. Razem z sierżantem zatrzymano innych kolekcjonerów, gdzie znaleziono atrapy granatów i łuski po nabojach z wojny. Do aresztu trafił jednak tylko P. S. Prokurator S. zrobiła z sierżanta herszta bandy.
Było to w roku 2008, niecały rok po pogonieniu obmierzłych prawych i sprawiedliwych. P. S. już ponad roku przebywał w areszcie mimo, iż prokurator nie prowadził żadnych czynności w śledztwie. Tak nowa władza traktowała swoich funkcjonariuszy, których jedyną przewiną było to, że stali na straży przestrzegania prawa. Przez następne lata rozmontowywanie służb specjalnych szło pełną parą. Gdy koalicja paździerzowa przejęła władzę, nie zajęła się odbudową etosu służby państwu i prawu, a wręcz przeciwnie, w dalszym ciągu utwierdza funkcjonariuszy w przekonaniu, że nie warto wychylać się, działać samodzielnie, reagować na przejawy łamania prawa. Lepiej poczekać na wytyczne. Nawet zatrzymanie polityka lub sędziego na gorącym uczynku nie wchodzi w grę, bo nie wiadomo, czy takie działanie nie zaszkodzi wizerunkowi władzy. Niech więc sobie prawo łamie, skoro ma taki kaprys. Najwyżej stosowne instytucje po fakcie wdrożą śledztwo i będą je prowadzić tak długo, aż sprawa przyschnie, po czym je umorzą.
Nie wiadomo czy śmiać się czy płakać widząc prześmiewcze wpisy premiera w mediach społecznościowych w sytuacji, gdy na przykład śledztwo w sprawie zgaszenia świec chanukowych gaśnicą trwa już drugi rok. W kwietniu 2024 roku Grzegorz Braun „usłyszał zarzuty”. W grudniu 2025 roku Grzegorz Braun przez nikogo nie niepokojony nadal łamie prawo, bezkarnie jątrzy, podburza uprawiają antypaństwową propagandę. Premier zamiast pogonić podległe mu służby do galopu wspomina coś o zdradzie i apeluje do zdrajców, by wreszcie opamiętali się i przestali zdradzać.
PiS pozbyło się niewygodnych funkcjonariuszy z kluczowych stanowisk w ciągu kilku miesięcy od przejęcia władzy. Koalicja paździerzowa pozostawiła pisowskich nominatów w spokoju, dzięki czemu mogą bez przeszkód kontynuować dzieło rozmontowywania i destabilizacji państwa. Ostatnim elementem układanki jest odmowa podpisania nominacji oficerskich przez doktóra Nawrockiego, który jest prezydentem. Premier zdobył się jedynie na uwagę, że żeby być prezydentem, nie wystarczy wygrać wyborów. To prawda. Nie wystarczy wygrać. Trzeba jeszcze mieć kogoś, kto nie dopuści do sprawdzenia, czy te wybory naprawdę wygrał.
Na szczęście żeby być premierem wystarczy mianować się przewodniczącym partii.
Dywagacje