Media, które krytykują Kaczyńskiego wykorzystującego tragedię pod Smoleńskiem i tragiczną śmierć brata dla korzyści politycznych same także żerują na nieszczęściu. Kilka dni temu w katastrofie na Węgrzech zginęło 12 osób. I zaczęło się. Niektóre portale potrafiły na głównych stronach zamieszczać po kilka, a nawet kilkanaście materiałów o tej tragedii. Że doszło do wypadku, że nie wiadomo dlaczego doszło, spekulowały co było prawdopodobną przyczyną, czy można było go uniknąć, jaki jest los rannych. Informowano o wysłaniu po poszkodowanych specjalnego samolotu, który poleciał po nich i wrócił z nimi. Że na płytę lotniska wjechały karetki i ustawiły się jedna obok drugiej, że ranni zostali odtransportowani do szpitali, że czują się lepiej, ale nie wszyscy, więc niektórzy jaszcze zostaną. Każdy z tych materiałów okraszony został licznymi reklamami a to biustonoszy doskonale modelujących piersi, a to fig doskonale uwypuklających pupy. Powstrzymano się jedynie przed reklamowaniem usług pogrzebowych, trumien i urn.
Infantylizacja mediów, by nie użyć dosadniejszych określeń, postępuje w zastraszającym tempie. Z jednej strony w pogoni za tematami, które dobrze sprawdzą się w roli wypełniaczy między reklamami nie cofną się przed niczym, ze wszystkiego zrobią sensację, najtragiczniejszą informację będą wałkować do znudzenia. Z drugiej strony bezczelnie wpływają na opinię publiczną nie oddzielając komentarza od informacji i uzurpują sobie prawo oceniania i osądzania. Tytuły z reguły niewiele mówią o zawartości, ale zawsze są jednoznacznie nacechowane emocjonalnie — skandaliczna wypowiedź, mocne słowa, tragiczny, wypadek, groźny pożar.
Innym problemem jest ewidentnie słaba znajomość języka polskiego i brak korekty. Na zwykłe literówki można machnąć ręką, łatwo je przeoczyć, ale błędy gramatyczne, stylistyczne, składniowe na poważnym portalu potrafią rozbawić wywołując jednocześnie uśmiech zażenowania. Na przykład choć w Polsce jest 25 tysięcy zdziczałych psów, to na Mazowszu atakują krowy i koty. Z materiału nie dowiemy się czy krowy i koty też są zdziczałe i czy atakują tylko zdziczałe psy, czy także ludzi. Oczywiście tytuł na głównej stronie często ma się nijak do tytułu samego artykułu, choć w tym przypadku także jest zabawnie, bo… nie ma komu złapać służb — »Zdziczałe owczarki terroryzują wioski na Mazowszu. Służby bezradne, nie ma komu ich złapać«.
Po co użytkownik klika na tytuł, który go zafrapował, choć nic mu nie powiedział? Oczywiście nie po to, by czytać, lecz po to, by obejrzeć reklamy i filmiki nie mające z treścią żadnego związku. To pogłębia wrażenie, że portale to swojego rodzaju ściek, w którym bez ładu i składu pływają różne resztki i śmieci, ale przy odrobinie szczęście można czasem wyłowić coś wartościowego. Na przykład GIS, czyli Główny Inspektorat Sanitarny… Cóż za skandaliczne niedopatrzenie! Czy u jego podłoża nie leżało przekonanie, że jeśli chodzi o kwestie sanitarne, to lepiej ich nie zestawiać z narodem polskim? No więc GIS co jakiś czas wydaje ostrzeżenia. Niektóre ewidentnie są ponadczasowe, dlatego urząd nie podaje daty publikacji.
Portale informują o skażeniu żywności, ale akurat te informacje błyskawicznie znikają z głównych stron więc bardzo łatwo je przegapić. Być może dlatego, że nie da się z tego zrobić sensacji. A przecież akurat to ma kluczowe znaczenie, ponieważ zjedzenie skażonych produktów może skończyć się tragicznie. Można zrozumieć media plotkarskie, nastawione na sensacje brukowce, ale poważne media informacyjne powinny informacje o zagrożeniu eksponować dłużej. Tymczasem łatwiej natrafić na informacje o zatruciach niż ostrzeżenia przed nimi.
Oczywiście bywają portale które jeśli nie w tytule, to w leadzie od razu piszą o jaki produkt chodzi. Zwykle jednak tytuł informuje tylko, że GIS ostrzega, albo że na przykład w mięsie jest bakteria i nie należy tego mięsa jeść. Przykładowo »Bakteria w produkcie mięsnym. GIS apeluje o niespożywanie«. Z leadu dowiemy się jedynie, że
Główny Inspektorat Sanitarny wydał ostrzeżenie dotyczące produktu mięsnego, w którym wykryto groźną bakterię. Jedna z przebadanych próbek dała wynik wskazujący na obecność Listeria monocytogenes. GIS informuje o wycofaniu konkretnej partii z rynku i apeluje do konsumentów o ostrożność.
Po leadzie jest reklama, a po niej informacja, że
Główny Inspektorat Sanitarny poinformował o wykryciu bakterii Listeria monocytogenes w jednej z próbek wieprzowiny w galarecie. Badania przeprowadzono w ramach urzędowej kontroli Państwowej Inspekcji Sanitarnej. Bakterię stwierdzono w jednej z pięciu przebadanych próbek.
Znowu reklama i wyjaśnienie co oznacza obecność bakterii.
Obecność Listeria monocytogenes oznacza zagrożenie dla konsumentów. Spożycie zanieczyszczonej żywności może prowadzić do listeriozy, czyli choroby wywoływanej przez tę bakterię. Z tego powodu producent po otrzymaniu informacji o nieprawidłowości rozpoczął procedurę wycofywania wskazanej partii produktu z rynku.
Reklama i kluczowe zalecenie:
GIS zaleca, aby nie spożywać produktu objętego ostrzeżeniem. Służby prowadzą jednocześnie dalsze działania mające ustalić przyczynę pojawienia się bakterii. Sprawą zajmuje się także Powiatowy Lekarz Weterynarii w Żninie, który prowadzi postępowanie wyjaśniające u producenta i sprawdza podjęte działania naprawcze.
Reklama i wreszcie właściwa informacja o skażonym produkcie:
Ostrzeżenie dotyczy wieprzowiny w galarecie GWAREK. Chodzi o partię oznaczoną numerem 31.08.2026, z terminem przydatności do spożycia przypadającym na 31 sierpnia 2026 r. Producentem jest PHPU „GWAREK” Mieczysława Pipin z Piechcina.
Zwykle są jeszcze przedzielone reklamami krótkie omówienie samej bakterii, objawów zatrucia nią i dopiero na samym końcu jest wzmianka o jaki produkt chodzi.

Powiadają, że co za dużo, to niezdrowo. Bezczelne wciskanie reklam gdzie tylko się da doprowadziło do upowszechnienia się blokad. Niektóre portale zareagowały na to histerycznie grożąc użytkownikowi, że jeśli nie zdejmie blokady, to nie będzie mógł zapoznać się z prezentowanymi przez portal treściami. I nie ma tu znaczenia, że przeglądarki bywają w blokady wyposażone domyślnie, a nie każdy użytkownik potrafi lub chce je wyłączyć. Poza tym elementem reklamy są przecież także darmowe próbki towaru. Jeśli użytkownik ma do wyboru przekazanie swoich danych 953 zaufanym partnerom IAB (Interactive Advertising Bureau) i 846 zaufanym partnerom własnym, względnie kupienie kota w worku, to pójdzie gdzie indziej. Zachęcony treściami darmowymi może zdecydować się na dostęp do płatnych, zniechęcony niczego nie wykupi i znajomych zniechęci. Jaką portal widzi w tym korzyść?
Dawniej reklama była dźwignią handlu. Dziś jest źródłem zysku, towarem, który media wpychają na siłą każdemu. A ponieważ, o czym przekonał się ostatnio p. Rafał Brzoska, bywają oszukańcze i narażają na straty, więc prędzej czy później użytkownicy uodpornią się, nie będą na nie zwracać uwagi, nie będą się nimi kierowali.
Dywagacje
Brawo! Jak zwykle w punkt! Piszesz jednak – „Można zrozumieć media plotkarskie, nastawione na sensacje brukowce, ale poważne media informacyjne powinny informacje o zagrożeniu eksponować dłużej”. Mam w związku z tym prośbę. Czy mógłbyś podać kilka przykładów tych poważnych? Wydaje mi się bowiem, że lwia większość należy do pierwszej kategorii. Pozdrawiam.
Musimy rozróżnić naszą opinię o mediach od ich opinii o sobie. Do poważnych zaliczają się Wyborcza, Onet czy Interia, a także portale popularnych rozgłośni, radia Z czy Radia Małopolska Fun, obecnie Radia, Muzyki Faktów. Wirtualną Polskę omijam, bo usiłuje wymusić ode mnie udostępnienie danych osobowych. Do sensownych informacji docieram metodą prób i błędów zgadując jaka treść może kryć się pod jakimś mniej lub bardziej odjechanym tytułem. Z kolei żeby mieć w miarę pełny obraz trzeba korzystać z kilku źródeł. Dawniej media informowały, dziś interpretują i komentują informacje. To oczywiste, w coś trzeba reklamy opakować.