Serce rośnie i człowiek z coraz większym optymizmem spogląda w przyszłość gdy słyszy, że prokurator krajowy (nie mylić z generalnym i narodowym), który według swoich zastępców, sądu i rozmodlonych mediów nielegalnie piastuje stanowisko, na wieść o ucieczce prezesa Zondacrypto Przemysława Krala do Izraela wzrusza ramionami i z rozbrajającą szczerością przyznaje, że podlegli mu prokuratorzy „jeszcze się tym nie interesowali”. Sądząc po postępach w kluczowych śledztwach nie interesują się praktycznie niczym. Koncentrujemy się na gromadzeniu materiału dowodowego, jeśli chodzi o śledztwo dotyczące oszustw Zondacrypto i prania brudnych pieniędzy — oznajmił Korneluk. Trudno zrozumieć jak można być tak bezczelnym i aspołecznym i z mlekiem i miodem płynącego kraju przed zakończeniem procesu koncentracji gromadzenia emigrować do kraju ogarniętego wojną.
Tu powinien interweniować sam Tusk i w mediach społecznościowych w swoim stylu odnieść się do problemu. Jeśli utrącenie ustawy o kryptowalutach oznacza, że „Zonda zondzi w PiS-ie”, to czym jest przygarnięcie hochsztaplera wraz z pieniędzmi? Ani chybi Zonda zondzi w Izraelu tez. Godzi się też przypomnieć Żydom, że polskie władze w pas kłaniają się im, ścigają własnych obywateli, którzy ich nie kochają (poza małymi wyjątkami), przymykają oko na zbrodnie wojenne ich premiera lekceważąc wyrok Międzynarodowego Trybunału Karnego, a oni tak się odwdzięczają. Tak czy owak taka postawa Izraela na pewno ułatwi walkę z antysemityzmem w Polsce, choć pozwala zrozumieć dlaczego Polska nie podpisała dotąd z Izraelem umowy ekstradycyjnej. Bo to nie jest odosobniony przypadek, Izrael nie pierwszy z otwartymi ramionami wita malwersantów i przywłaszczone przez nich pieniądze.
Serce rośnie także z innych powodów. Oto obserwatorzy polskiej sceny politycznej przeżywają drugą młodość obserwując przedszkolaczków w rządzie Donalda Tuska okładających się łopatkami w piaskownicy. Niestety, kompletnie nie sprawdza się Tusk w roli przedszkolanka. Co prawda pręży muskuły, wygraża, a nawet straszy, że wyrzuci, ale nikt sobie z tego nic nie robi. Warto zwrócić uwagę, że gdy w rządzie zasiadali ministrowie, to niezależnie od płci zachowywali się godnie. Odkąd urząd objęły ministry, Rada Ministrów coraz bardziej przypomina stragan z przekupkami. Partyjusiątko cieszące się poparciem na granicy błędu statystycznego podzieliło się na pół, a dwie koleżanki partyjne, które Tusk uczynił ministerkami, wzięły się za łby.Oliwy do ognia postanowił dolać ich były pryncypał, który jedną z nich widzi w fotelu wicepremiera, bo jak nie, to strzeli kolejnego focha. Tak bezwstydnego karierowicza bez żadnych zahamowań polska polityka dawno nie widziała.
Ponieważ Tusk nie chce Kasi dać zabawki, więc Kasia grozi Paulince, że ją razem z chłopcami z zaprzyjaźnionego PiS-u wysadzi z siodła. Przedszkolanek zapowiedział z kolei, że jak ktoś spróbuje ruszyć Paulinkę, to się z nim rozstanie, więc Kasia się obraziła i ostrzegła, że nie da się zastraszyć. Najpierw docinki na Radzie Ministrów, teraz ultimatum w mediach. W Umowie Koalicyjnej zobowiązaliśmy się do współpracy opartej na wzajemnym szacunku. Język ultimatum to łamanie umowy. Koalicja budowana na przemocy to droga do katastrofy — łkała łykając łzy. Anonimowy poseł z kolei wyjaśnia portalowi wPolityce, że jeżeli premier wyrzuci Kaśkę, to my mamy swoją odpowiedź. Złożymy wniosek o odwołanie Czarzastego i powołamy Szymona. Mamy do tego większość. Dlaczego Tusk pozwala ciosać sobie kołki na głowie i lekceważyć?
Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz jest doktorką socjologii, politolożką i specjalizuje się w zagadnieniach z obszaru wschodnioeuropejskiego. Ponieważ była nawet ambasadorką w Rosji Putina, a poza tym należy do partii Szymona Hołowni, której obecnie przewodzi, więc zasłużyła na to, by zostać ministerką od Funduszy i Polityki Regionalnej. Bo u Tuska, i nie tylko u niego, ministrem zostaje się nie dlatego, że się jest fachowcem w danej dziedzinie, ale dlatego, że się należy. Na tle innych Pełczyńska-Nałęcz wyróżnia się tym, że nie wyróżnia się niczym, dlatego może w rządzie Tuska pełnić dowolną funkcję i nie można jej zdymisjonować.
Paulina Hennig-Kloska jest działaczką polityczną, politolożką i ekonomistką. Ponieważ należała do partii Szymona Hołowni i była jej wiceprzewodniczącą, więc zasłużyła na to, by zostać ministerką od Klimatu i Środowiska. Bo u Tuska, i nie tylko u niego, ministrem zostaje się nie dlatego, że się jest fachowcem w danej dziedzinie, ale dlatego, że się należy. Na tle innych Paulina Hennig-Kloska wyróżnia się tym, że nie wyróżnia się niczym, dlatego może w rządzie Tuska pełnić dowolną funkcję i nie można jej zdymisjonować.
Przekleństwem polskiej polityki praktycznie od początku, czyli od oddania władzy przez komunistów, jest postępujące upartyjnienie nie tylko parlamentu, ale także rządu. Żeby móc w miarę sprawnie rządzić trzeba zaspokoić apetyty koalicjantów na stanowiska. Przy czym nie liczy się doświadczenie, kompetencje i wiedza, kluczowa jest przynależność. Kosiniak-Kamysz nie został wicepremierem i ministrem (o!)brony dlatego, że zna się na wojsku, rodzajach broni, przemyśle zbrojeniowym, lecz dlatego, że zna się z premierem. Oczywiście nie ma ludzi nieomylnych, każdy popełnia błędy, ale politycy bronią polityków nie ze względu na ich osiągnięcia, ale by zademonstrować, że swojego nie dadzą ruszyć bez względu na wszystko.
W listopadzie 2024 roku głosowano w Sejmie wotum nieufności dla ministerki od zdrowia Izabeli Leszczyny. Została obroniona. Co udało się Leszczynie zdziałać? Skutecznie poobsadzała kolesiami kluczowe stanowiska*. Kilka miesięcy później Tusk, dumny jak paw, że obronił swoją ministerkę wywalił ją i zastąpił ją równie kompetentną Jolantą Sobierańską-Grendą, która zna się na zdrowiu i medycynie jak nikt, albowiem jest absolwentką Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Gdańskiego i MBA dla Kadry Medycznej oraz Advanced Management Program w Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie. Znajduje się także w posiadaniu tytułu doktora w dziedzinie ekonomii i finansów. Oczywiście nie ma niczego nagannego w tym, że na czele resortu zdrowia znalazł się ktoś, kto zna się na ekonomii. Można nawet odetchnąć z ulgą i zakrzyknąć nareszcie! Tyle, że ministerka swojej wiedzy nie wykorzystuje po to, by usprawnić działanie ochrony zdrowia, zminimalizować koszty, poprawić jakość usług, lecz by zaoszczędzić gdzie się tylko da. Ale nie kosztem funkcjonariuszy NFZ-tu czy personelu medycznego, lecz pacjentów i dostępności terapii.
Warto temu zagadnieniu poświęcić więcej uwagi, więc na tym poprzestańmy.
Dywagacje
Logika i zdrowy rozsądek podpowiadają, że kluczowe stanowiska w rządzie powinny być powierzane fachowcom. Ludziom mającym choćby blade pojęcie o tym, na czym ich praca będzie polegać. Niestety, życie dostarcza coraz to nowych przykładów że tak nie jest. Do wyżej wspomnianych przez Ciebie pań dodałbym jeszcze „tygryska”, czyli pana K-K. Z zawodu lekarza, a piastującego stanowisko ministra nie zdrowia, co byłoby logiczne, lecz… obrony.
Z tej strony Atlantyku podobnie. W negocjacjach z Iranem, rząd amerykański reprezentuje niejaki Jared Kushner, którego kwalifikacje polegają na tym, że jest…. zięciem Trumpa.
Nie wiadomo śmiać się, czy płakać…
Czasy się zmieniają. Dawniej: zasiadają bo się znają. Obecnie: na niczym się nie znają, więc się nadają.