Fundusz restrukturyzacji i konsolidacji

Czy jeśli ktoś, na przykład lekarz, na państwowej posadzie zarabia kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie, a przyjmując prywatnie po kilka godzin tygodniowo wyciąga drugie tyle, to będzie za prywatyzacją państwowej placówki w której pracuje?

Z oświadczenia majątkowego Dawida Kacprzyka, radnego warszawskiej dzielnicy Ursus i lekarza pracującego w publicznej ochronie zdrowia, wynika, że w 2025 roku osiągnął on dochód sięgający niemal 1,6 mln zł.

Szpital poinformował, iż p. dr pracował po 11 godzin codziennie, bez wytchnienia, w świątek, piątek i niedzielę, a mimo to znalazł jeszcze czas na pracę radnego, praktykę prywatną i robienie specjalizacji.

Według danych placówki lekarz przepracował w ubiegłym roku łącznie 3976 godzin, czyli średnio około 331 godzin miesięcznie. Szpital zaznaczył, że nie był on zatrudniony na etacie, a stawka godzinowa została ustalona w ramach otwartego konkursu i odpowiadała poziomowi wynagrodzeń oferowanych w warszawskich SOR-ach.

Rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej Jakub Kosikowski stwierdził, że tak wysoki dochód lekarza bez zakończonej specjalizacji jest sytuacją wyjątkową. Z naszej perspektywy jest to sytuacja absolutnie wyjątkowa, by lekarz bez specjalizacji w trakcie jej trwania zarabiał takie pieniądze. Na szczęście dla pacjentów miesiącami oczekujących w kolejkach do lekarza to sytuacja jak najbardziej normalna. Zwłaszcza w obliczu zarządzonych przez premiera oszczędności, które te kolejki wydłużą jeszcze bardziej.

W prywatnej firmie sytuacja, w której pracownik pracuje po 11 godzin na dobę 7 dni w tygodniu jest nie do pomyślenia. Dlatego Łukasz Jankowski, który za samo prezesowanie Naczelnej Izbie Lekarskiej otrzymuje 40.000 zł odnosi wrażenie, że coraz dłuższe kolejki i coraz trudniejszy dostęp do procedur jest wynikiem potajemnej prywatyzacji. Mam wrażenie, że po cichu dokonuje się proces prywatyzacji ochrony zdrowia. Nie poprzez jedną wielką reformę ogłaszaną na konferencji prasowej, ale poprzez stopniowe ograniczanie dostępności świadczeń publicznych szlocha łebski doktorek. Jaka jest na to rada? Prosta jak konstrukcja cepa — pozostawić wszystko bez zmian tylko zmniejszyć presję zadłużenia.

Bo powiedzmy sobie szczerze, sytuacja jest poważna. Stoimy dziś przed ryzykiem chaotycznego zamykania części szpitali powiatowych, podczas gdy nie ma spójnej strategii restrukturyzacji systemu. Nie ma odpowiedzi na pytanie, które placówki powinny się rozwijać, które zmienić profil działalności, a które zostać włączone do większych sieci. W efekcie decyzje podejmowane są często pod presją zadłużenia, a nie rzeczywistych potrzeb zdrowotnych mieszkańców. Przypomina się słynne i obowiązujące przez dziesięciolecia hasło „socjalizm tak, wypaczenia nie”. Wszyscy wiedzieli, że wypaczenia są integralną częścią systemu, ale udawali, że jest inaczej. Dopiero rezygnacja z omnipotencji państwa, pozostawienie rynkowi decyzji, które zakłady powinny się rozwijać, które zmienić profil działalności, a które zostać włączone do większych sieci, holdingów względnie zjednoczeń, zmieniło oblicze ziemi, tej ziemi.

Rząd Jerzego Buzka przygotował reformę ochrony zdrowia zgodnie z wzorem, który sprawdził się w przedwojennej Polsce, w Czechach, w Niemczech. Pogrobowcy bolszewików dorwawszy się do władzy natychmiast tę reformę cofnęli powołując do życia socjalistycznego monopolistę-płatnika działającego zgodnie z zasadami obowiązującymi w PRL-u do kontraktacji trzody chlewnej i bydła rogatego. Skutki odczuwają wszyscy pacjenci. Nie zdarzyło się dotąd, żeby funkcjonariusz NFZ-tu nie dostał wypłaty i premii w porę, lekarze taż nie mogą narzekać na zarobki. A im niższy poziom świadczonych przez nich usług, tym wyższe gaże.

Jankowski nie rozumie, że problemem nie jest to, w czyich rękach jest placówka medyczna, czy jest prywatna czy nie, ale to jak ze swoich obowiązków wywiązuje się płatnik-monopolista. Uważa, że problemem nie jest sama prywatna opieka medyczna, lecz sytuacja, gdy pacjenci korzystają z niej z powodu utrudnionego dostępu do świadczeń publicznych. Trudno mieć pretensje do doktora, że nie ma pojęcia o ekonomii. Choć studiował już w wolnej Polsce to argumentuje tak, jak działacz partyjny po studiach na WUML-u. I nie chodzi o Warszawski Uniwersytet Medyczny, lecz Wieczorowy Uniwersytet Marksizmu-Leninizmu. Jeśli nie trzeba nacjonalizować przemysłu farmaceutycznego, żeby móc refundować leki, to również placówki medyczne mogą być prywatne. Muszą tylko działać według jasnych, określonych zasad, a świadczone przez nie usługi winny być uczciwie rozliczane i opłacane. Zmorą systemu kontraktacji były klęski urodzaju, teraz zwane nadwykonaniami.

Zdaniem łebskiego prezesa problem rozwiązałoby utworzenie funduszu restrukturyzacji i konsolidacji szpitali oraz stworzenie modelu opartego na współpracy placówek o różnych kompetencjach. Czyli kolejne synekury i pieniądze do zagospodarowania. Dużo taniej i prościej jest przestać wreszcie kosztem życia i zdrowia pacjentów pudrować trupa. Trzeba wreszcie odejść od socjalistycznego modelu, utworzyć konkurujące ze sobą Kasy Chorych, zanim konsolidacja nie doprowadzi do tego, że w szpitalach nie będzie miał kto leczyć.

Dodaj komentarz