Ekonomia polityczna populizmu

Wyobraźmy sobie taką sytuację. Udaliśmy się na zakupy do sklepu. Wybraliśmy produkty, podchodzimy do kasy, kasjer szybko i sprawnie skanuje ceny zakupionych towarów i podaje kwotę do zapłaty. Płacimy, dziękujemy i wychodzimy. Przed sklepem lub w domu rzucamy okiem na paragon i ze zdziwieniem dostrzegamy dwie dodatkowe pozycje, które doliczono do rachunku — sumowanie cen i podanie kwoty do zapłacenia. W przypadku kasy samoobsługowej obie opłaty są nieco niższe. Absurd? To spójrzmy na rachunek za prąd. Każdy z nas płaci nie tylko za odczyt licznika, nawet zdalny, ale także za jego posiadanie.

Czy można powiedzieć, że w Polsce prąd jest drogi? Nie można powiedzieć, ponieważ Polska znajduje się w gronie 20 najbogatszych państw świata, więc kosztuje tyle ile w najbogatszych państwach, a nawet więcej. Trzeba także wiedzieć, że na cenę prądu składa się nie tylko koszt jego wytwarzania, ale także podatki — VAT, akcyza — koszt dystrybucji i liczne parapodatki, czyli opłaty, abonamenty itp. Opłaty dzielą się na stałe, płacone na przykład co miesiąc i zmienne, zależne od zużycia. Na przykład jeśli ktoś zużywa 100 kWh miesięcznie, czyli 1200 kWh rocznie, to — zależnie od firmy energetycznej — za prąd wraz z dostawą pod wskazany adres zapłaci od około niecałych 1200 zł do ponad 1300 zł i od nieco ponad 400 zł do ponad 600 w E.ON-ie opłat stałych. W ofertach firmy podają ceny prądu, które są obecnie bardzo podobne i wynoszą ok. 60 groszy za kWh, tymczasem na rachunkach z tych 60 groszy robi się grubo ponad złotówka.

Czy w Polsce musi być drogo? Musi, ponieważ zgodnie z wyznawaną i realizowaną w praktyce przez kolejne rządy teorią populizmu, podbudowaną pracami tak znamienitych teoretyków jak Marks, Engels, Lenin i ich najzdolniejsi uczniowie, ekonomiczne perpetuum mobile istnieje i napędza gospodarkę. Weźmy powszechne w prywatnych firmach handlowych promocje i wyprzedaże, które organizowane są po to, by zachęcić klienta do odwiedzenia konkretnego sklepu, konkretnej sieci. Klient przyjdzie, kupi towar w promocji i przy okazji kilka innych produktów, których cena zostanie lekko podbita. W ogólnym rozrachunku sieć na tym zarobi. I tu pojawiają się populiści dowodząc, że to są naganne praktyki, że nie wolno, że zysk to coś obrzydliwego.

Jednym z populistów, który wziął sobie populistyczne idee głęboko do serca i stosuje je na ogromną skalę jest gigantyczny reformator, mąż stanu i wizjoner Donald Franciszek Tusk. W 2012 roku stwierdził, że promocje w aptekach są niedopuszczalne, że ani apteki, ani przemysł farmaceutyczny nie ma prawa zarabiać. Aby ukrócić naganne, wolnorynkowe praktyki przeforsował ustawę refundacyjną, dzięki czemu skończyła się w aptekach era tanich leków. Dumny z siebie oznajmił:  poinformowałem przedstawicieli środowiska lekarzy, że istota ustawy refundacyjnej jest nie do ruszenia. Trzeba było ograniczyć zyski koncernów farmaceutycznych! Logika populistów zawsze jest żelazna dlatego bałagan nie jest efektem zapisów ustawy refundacyjnej, a prezes NFZ i minister zdrowia robią wszystko, aby jego skutki dla pacjentów były jak najmniejsze. — tłumaczył. Prawda była bowiem taka, że bałagan, o jakim mówimy, to znaczy kłopot pacjenta, który trafia z receptą z dziwną pieczątką do apteki, to nie jest wynik zapisu ustawy. Skoro wcześniej bałaganu nie było, więc to oczywiste, że ustawa nie przyczyniła się do jego powstania.

Jak można się było spodziewać zakaz reklamy i narzucenie na handel lekami ograniczeń doprowadziło do wzrostu cen i braków w zaopatrzeniu. Wtedy wyszło na jaw, że populizm ma kilka poziomów. Na kolejnym znane z czasów minionych „przejściowe trudności” w zaopatrzeniu w medykamenty to nie efekt narzucenia wolnemu rynkowi zasad realnego leninizmu-populizmu, lecz wina opozycji, którą cieszą porażki rządu.

Premier Donald Tusk ocenił, że opozycja wmawiała pacjentom, iż po wejściu w życie ustawy refundacyjnej zabraknie leków, a ich ceny wzrosną.

Idzie sobie pacjent do apteki, a opozycyjny aptekarz wmawia mu, że lek jest droższy, ale jego cena nie wzrosła, bo go nie ma, ale to nie szkodzi, bo jest cała masa suplementów do wyboru. Teraz, gdy Donald Franciszek znowu jest premierem, brak podstawowych leków przybiera niepokojące rozmiary. Często są to specyfiki przyjmowane przez pacjentów na stałe. Opublikowana z końcem marca przez ministerstwo zdrowia lista liczy aż 282 pozycje. Zastosowanie zamiennika, którego także może w każdej chwili braknąć, często wiąże się z koniecznością ponownego ustalenia dawki, a to wymaga kolejnych wizyt u specjalistów, poprzedzonych wielotygodniowym, a nierzadko wielomiesięcznym oczekiwaniem. Na dodatek TSUE uznał całkowity zakaz reklamy aptek w Polsce za niezgodny z prawem Unii Europejskiej, co skończy się koniecznością zwrotu milionów złotych za niesłusznie nałożone kary. Jak widać populizm w każdym wydaniu jest bardzo kosztowny. Niedawno Onet opisał jak drogie jest nonszalanckie traktowanie umów z firmami. Sytuacja jest kuriozalna, ponieważ państwo, sowicie opłacając prawników, podpisuje umowę na wykonanie konkretnej usługi, po czym ją zrywa mając pełną świadomość, że grożą za to kary. W rezultacie choć firma nie wykonuje usługi, to i tak dostaje pieniądze, i to niemałe. Kosztująca Polskę miliardy sprawa szczepionek Pfizera to ledwie wierzchołek góry lodowej.

Z wolnym rynkiem mają także pod górkę szukające wszędzie sensacji media. Ekspert „Faktu” na przykład nie ma wątpliwości, że promocje na masło są zabójcze dla przemysłu mleczarskiego.

Ekspert nie ma złudzeń co do „maślanego wyścigu”. — Są to kampanie bardzo niekorzystne dla branży mleczarskiej, które wywierają dodatkową presję na marże w obecnej trudnej sytuacji rynkowej. Sytuacja na rynku mleka jest obecnie trudna, mamy do czynienia z nadpodażą i spadkiem cen skupu mleka. Takie promocje, gdzie sprzedaż odbywa się poniżej i tak niskiej ceny rynkowej, dodatkowo pogarszają sytuację — mówi Jakub Olipra.

Jaka na to rada? Ano rząd powinien jak najszybciej zakazać takich praktyk. Mając na względzie wyłącznie dobro wspólne nie może pozwolić, by obywatele tanio robili zakupy. Handel może podnosić ceny, ale nie powinien ich obniżać, ponieważ obywatele muszą wiedzieć komu zawdzięczają obniżki. Dlatego władza, hojnie szafując publicznym groszem, osobiście ustala ceny na stacjach CPN, obecnie Orlenu. Ręczne sterowanie gospodarką zawsze się sprawdzało. Co prawda manipulowanie podatkami jest sprzeczne z unijnym prawem, ale nie da się przywrócić praworządności jeśli się wpierw prawa nie złamie.

W cywilizowanych krajach tańszą energię państwo zapewnia firmom, bo to one są motorem napędowym gospodarki i źródłem dochodów. A niższe ceny energii, to niższe koszty produkcji i niższe ceny w sklepach. W Polsce przemysł nie jest chroniony, wręcz przeciwnie, jest dojony. Na szczęście nie dotyczy to spółek skarbu państwa.

Dodaj komentarz


komentarze 3

  1. Ależ oczywiście. Trump wygaduje bzdury (wiem, wiem, powinienem był użyć mocniejszego określenia), więc nasi „eksperci” mają zajęcie 24 godziny na dobę. Specjalnie że to co Trump powiedział rano, niekoniecznie pokrywa się z tym co mówi wieczorem. Opinie tychże „ekspertów” to niemal jasnowidztwo, bowiem są one typu – co prezydent miał na myśli, gdy powiedział co powiedział. I w zależności od osobistych sympatii piszącego, bądź organu publikującego opinie, Trump jest albo najlepszym prezydentem jakiego Ameryka kiedykolwiek miała, albo powininen być usunięty z urzędu i wsadzony za kratki, co mam nadzieję kiedyś nastąpi.

    Jeśli chodzi o reklamy, to owszem jest ich sporo, ale odnoszę wrażenie że nie są serwowane tak nachalnie jak w polskich mediach.

  2. Jeszcze całkiem niedawno, gdzieś w okolicach środy, media informowały czy sklepy w nadchodzącą niedzielę będą otwarte, czy nie. Ale zamiast wklejać kalendarzyki z datami na czerwono i zielono, pisano sążniste artykuły.

    Obecnie pojawiło się nowe hobby, czyli informowanie o bieżących cenach benzyny. Dziś na przykład portal TVN24 zamieścił niemal rozprawę naukową dotyczącą cen i okraszoną stosownymi wykresami. Reklam rozmaitych pomiędzy paragrafami było aż siedem. Nie licząc górnego i prawego marginesu, które to miejsca okupywane są przez „sponsorów” non-stop.

    Potwierdza to Twoją (i moją też) tezę, że w całym tym pisaniu chodzi tylko i wyłącznie o reklamy. Bo tak na serio – komu i w jaki celu potrzebny jest internetowy cennik paliw?