Co Bóg złączył…

W 1970 roku nakładem Wydawnictwa Wiedza Powszechna ukazała się książka Miroslava Plzáka nosząca tytuł „Strategia i taktyka w miłości”. Niewykluczone, że dziś wydaniu jej towarzyszyłyby protesty środowisk postępowych, a zwłaszcza kobiecych i pikiety pod wydawnictwem. Książka omawia — jak to zgrabnie ujęła AI Google’a — świadome planowanie (strategia) oraz działania (taktyka) umożliwiające zbudowanie trwałego związku, uwodzenie czy rozwiązywanie konfliktów. Dzisiaj krytyka jest utożsamiana z „hejtem”, a przekazywanie wiedzy lub informacji z „promowaniem”. Plzák, omawiając techniki manipulacyjne w związku pozwalające podporządkować sobie partnera, czyli w pewnym sensie wymusić na nim określone zachowania, de facto promuje przemoc domową, tak jak się ją dziś pojmuje.

Trudno przejść do porządku nad ogólnoświatową tendencją oprotestowywania wszystkiego, co jest niezgodne z światopoglądem tej czy innej grupy społecznej, tego czy innego środowiska. Jako żywo przypomina to praktyki rodem ze Średniowiecza, gdy każde odstępstwo od doktryny było uważane za bluźnierstwo i bezwzględnie tępione. Trafnie ujął to Tadeusz Boy-Żeleński w książce „Nasi okupanci” (od jego czasów niewiele się w tej kwestii zmieniło). Otóż

gdziekolwiek wyłoni się paląca kwestia, w której ludzie głowią się i radzą, co czynić, aby na świecie było trochę lżej i trochę jaśniej, natychmiast wysuwa się złowroga czarna łapa i rozlega się grzmiący głos: „Nie pozwalamy! Nie wolno wam nic zmienić, nic poprawić. Wszystko musi zostać po dawnemu; niczego tknąć nie pozwolimy w gmachu ciemnoty i ucisku. Ktokolwiek chciałby ulżyć doli człowieka na ziemi, sprzeciwia się prawu Boga, sprzeciwia się woli bożej”.

Dzisiaj do środowisk konserwatywnych dołączyły środowiska uważające się za postępowe i także chcą kneblować na potęgę. Gdy połączą siły zdelegalizują praktycznie wszystko. Opisywane przez Plzáka techniki, stosowane przez ludzi mniej lub bardziej świadomie od wieków, dziś uznawane są za niedopuszczalne. Związek to według niego swego rodzaju gra, w którą grają obie strony. Nie ma niczego nagannego w zgłębianiu jej tajników po to, by stale był remis. Miłość też trzeba pielęgnować nie dopuszczając do tego, by wygasła. Tymczasem ani konserwatyści, ani postępowcy nie szukają sposobów na scementowanie związku, ratowanie go, uczynienie na powrót atrakcyjnym, lecz wymyślają coraz to nowe preteksty ułatwiające jego dezintegrację.

Portal Wyborczej opublikował rozmowę z psychologiem, profesorem Uniwersytetu Wrocławskiego, dr. hab. Piotrem Sorokowskim, który obala mity i stereotypy stawiając miłość i związki rodzinne w zupełnie innym świetle. Z rozmowy, a także i w pewnym sensie z książki Plzáka wynika, że nawet wygasłe uczucia da się rozpalić na nowo. Nie wystarczą jednak same chęci, trzeba wiedzieć jak się do tego zabrać. Tymczasem władza zamiast skupić się na ratowaniu tego, co już istnieje skupia się na ułatwianiu rozbijania rodziny. Nie przypadkiem rozwodnicy z prawicy przeforsowali zniesienie obowiązkowych mediacji poprzedzających rozwód, a ich towarzysze z lewicy dążą teraz do tego, by stał się zwykłą formalnością.

Nie każda manipulacja jest godna potępienia. Służąca dobrym celom, utrzymaniem związku, niedopuszczeniem do jego rozpadu jest ze wszech miar godna wsparcia. Tymczasem ci, którzy z kłamstwa i manipulacji uczynili sposób na życie, bez wahania wykorzystują język do osiągnięcia swoich celów, potępiają stosowanie takich samych metod w związku. Jak grzyby po deszczu mnożą się angielskie terminy opisujące kolejne „zjawiska”, które jeszcze do niedawna były uważane za coś zupełnie naturalnego, kwitowane wzruszeniem ramion. Wyśpiewywanie serenad pod oknem ukochanej, które opiewali poeci i pisarze, dziś jest postrzegane jako groźny stalking, który należy tępić i karać. Troska o zdrowie, zwłaszcza psychiczne, może być poczytana za niedopuszczalny gaslighting.

Gaslighting to subtelna, ale niezwykle szkodliwa forma manipulacji psychicznej, w której sprawca wprowadza ofiarę w stan dezorientacji, aż przestaje ona ufać własnym osądom i percepcji. Zjawisko to zyskało nazwę od sztuki teatralnej z lat 30. XX wieku, „Gas Light”, która ukazuje, jak mężczyzna celowo manipuluje swoją żoną, by uwierzyła, że zmaga się z zaburzeniem psychicznym. W konsekwencji, ofiara traci pewność siebie i zależność od własnego zdania. Pomimo częstego występowania tej formy przemocy, dopiero niedawno zyskała ona większą uwagę społeczną.

Właśnie. Dopiero teraz zyskała. Nie ulega wątpliwości, że patologiczne formy są złe. Problem polega na tym, że zarówno ofiara jaki i sprawca wymagają wsparcia psychicznego, a nie sądowego. Tymczasem dużo łatwiej uzyskać pomoc prawną i skierować do sądu wniosek o — mówiąc kolokwialnie — wyrzucenie gaslightera z chałupy, niż uzyskać pomoc psychologiczną. Co prawda Narodowy Fundusz Zdrowia prowadzi Informator o Terminach Leczenia, ale nie da się na nim wyszukać „porady psychologicznej”, ponieważ prawidłowa odpowiedź na pytanie „jakiego świadczenia szukasz?” brzmi „poradnia psychologiczna”. Gdy już jakimś cudem uda się ustalić czego należy szukać wyniki są całkowicie bezużyteczne. Średnio na wizytę u psychologa trzeba czekać od kilku do kilkunastu miesięcy, a nawet dłużej. A ponieważ potrzebne jest skierowanie, więc najpierw trzeba zwierzyć się lekarzowi pierwszego kontaktu i przekonać go, żeby je wystawił. Państwo oferuje jedynie pomoc w rozwiązaniu związku, a nie w jego naprawie.

Plzák do niczego nie zachęca, niczego nie sugeruje. Opisuje mechanizmy i skutki do jakich mogą, bo wcale nie muszą, prowadzić określone działania. Porównuje uczucia w związku do wagi szalkowej. Na początku, gdy oboje są w sobie zakochani, obie szalki są na mniej więcej jednakowym poziomie. Gdy jednej stronie obojętnieje, jej szalka opada, druga zaczyna angażować się coraz bardziej — jej szalka jedzie do góry. To moment, gdy pierwsza nie chce już niczego ratować, a druga nie chce pogodzić się z utratą ukochanej osoby. I tu na arenę wjeżdżają całe na biało feministki i ich (głównie lewicowi) poplecznicy ze swoimi gaslightingami, stalkingami i innymi -ingami i przekonują, że jedynym wyjściem jest wynajęcie prawnika za grube pieniądze i złożenie pozwu lub wniosku do sądu. Ratować związek? Po co? Załóż sobie nowy. Za którymś razem na pewno ci się uda.

Żeby móc sprzątać w firmie trzeba przejść stosowne szkolenie i badania lekarskie. Żeby związać się z kimś na całe życie wystarczy tylko zgodzić się i podpisać stosowne papiery. Co prawda Kościół wymaga, by przed ślubem kandydaci na małżonków przeszli tak zwane „nauki przedmałżeńskie”, ale one nie koncentrują się na tym, jak przeżyć ze sobą życie, jak pielęgnować uczucia, jak nie popadać w rutynę i nudę, lecz na wykładaniu głównie

podstaw biblijnych i teologicznych Sakramentu Małżeństwa, jego znaczenia i misji w Kościele Katolickim oraz z tematem odpowiedzialnego rodzicielstwa.

Jaka jest przydatność „znaczenia i misji małżeństwa” dla młodych małżonków? Kościół twierdzi, za ewangelistami Markiem i Mateuszem, że „co pan Bóg złączył to człowiek niech nie rozdziela”. Chyba, że to człowiek dostatecznie wysoko usadowiony w hierarchii kościelnej. Wtedy za odpowiednią opłatą to, co pan Bóg złączył po prostu unieważni. A przecież państwo w konstytucji zobowiązało się otoczyć opieką małżeństwo i rodzinę. Więc na nim spoczywa obowiązek przygotowania przyszłych małżonków do życia ze sobą.

Dopóki państwo wzorem „Poradnika bezpieczeństwa” nie opracuje „Poradnika szczęśliwego małżeństwa”, książka Plzáka powinna być wznawiana i rozdawana parom deklarującym chęć wspólnego życia. Nie po to, żeby manipulować, lecz by wiedzieć jak dbać o związek, jak pielęgnować uczucie.

Dodaj komentarz