Wyspa

Na wyspie Dobra Zmiana
jest puszcza wycinana.
Patronem jej jest święty
za zdradę niegdyś ścięty.
Widziano także posła
którego żona niosła.
Powab zdarzenia tego —
żona nie była jego.

Śmierć często tu się zdarza
w kolejce do lekarza.
Największe ma medale
kto nie ma zasług wcale.
Nikt się tu nie przejmuje
gdy świnia zachoruje —
ubiwszy ją ciupasem
przerabia na kiełbasę.
Choć kura samograjka
znosiła złote jajka,
łeb ścieli i pospołu
wrzucili do rosołu.
Świat się z tej wyspy śmieje,
Bo wyspa ta… istnieje.

Łan zboża

Nadzieją dobrej zmiany są nowe zbóż odmiany więc głód nam nie pisany

Dodaj komentarz


komentarzy: 6

  1. Czas kiedy ludzie spożywali korzonki na przednówku nie jest tak odległy. Problem w tym, że wtedy wiedzieli które spożywać, a których nie.

    Największą zaletą wiersza jest to, że trzeba coś wiedzieć by zrozumieć „co poeta miał na myśli” ;-)

    Teraz korzonków jeść nie musimy, co wcale nie znaczy, że dobrą żywność otrzymujemy do kupienia. Proponuję artykuł o pestycydach i lokowanym w nim produkcie, czyli nawoływanie do kupowania żywności ekologicznej — Pestycydy – trucizna, którą jemy co dzień.

    W moim mieście takiej nigdzie nie oferują, a mieszka tu prawie 50 tys ludzi+ 10 tys kuracjuszy poza sezonem letnim lub + 100 tys. przybyszów by odpocząć latem.

    Dlaczego w sklepach nie ma nie tylko żywności ekologicznej?

    Ta Wyspa utraciła dawno swoją zdrową, soczystą zieleń.

    1. Środki ochrony roślin powinny charakteryzować się wysoką toksycznością wobec szkodników i niską w stosunku do innych organizmów żywych. Co to oznacza? Że „inny organizm żywy” jak zeżre czy nawdycha się tego środka nie zdechnie na miejscu. Ale co się stanie gdy go będzie jadł w żywności codziennie przez lata? Czy przypadkiem nie rzuci mu się któryś organ albo na mózg?

        1. A jak nawet nie posypie się solą, to się umyje, zmieni termin przydatności do spożycia i sprzeda z pocałowaniem reki w promocji. Teraz grozi kompletny paraliż rynku rolnego, ale nie wolno walczyć z pomorem świń, bo się elektora zdenerwuje.

          Gdzieś słuchałem, chyba u Michalik, że przywódcy partyjni nie kierują się interesem kraju, tylko sondażami i mówią tylko to, co im przysporzy głosów. Przerażające. Jak znajdę to podlinkuję. Dotyczy to nie tylko PiS-u i PO ale także Razem, Nowoczesnej, PSL…

          1. Ta „moda” przyszła z Zachodu. Dlaczego nie kopiują mądrych rozwiązań? Takie tam też są.

            GW (zanim zamkną)
            Poprawność polityczna znienawidzona jak gender. Dlaczego to pojęcie dla wielu stało się obelgą
            Dominika Buczak

            Podziel się
            Tweetnij

            Jeżeli polityk mówi, że nie może patrzeć na dwóch pedałów, jak się całują, ale dwie lesbijki chętnie by zaakceptował – to rechocząca tłuszcza przed telewizorami myśli: „Jak on tak mówi, to znaczy, że tak wolno. Nareszcie jesteśmy normalni” – mówi prof. Włodzimierz Gruszczyński, językoznawca z Uniwersytetu SWPS.
            REKLAMA
            Dlaczego Szwedzi chętnie stosują się do zasad poprawności politycznej, a my nie?

            – Bo są dobrze wyedukowani w tej dziedzinie, w przeciwieństwie do nas. Chociaż historycznie sprawę ujmując, to nasze społeczeństwo powinno być o wiele bardziej otwarte niż Szwedzi. Mieliśmy Rzeczpospolitą Obojga Narodów, jeszcze przed II wojną światową na ulicach Warszawy było słychać kilka języków, że nie wspomnę o Wilnie czy Lwowie.

            Natomiast Szwedzi do lat sześćdziesiątych XX wieku byli zupełnie zamkniętą społecznością, z wyjątkiem garstki Finów i Lapończyków. To był niewielki naród, mówili tym samym językiem i reprezentowali tę samą kulturę. Nie mieli żadnych doświadczeń z innością.

            Ta poprawność nie powinna być dla nas takim trudnym do zaakceptowania konceptem, ale uwiera.

            – Niestety. Moim zdaniem poprawność polityczna w przestrzeni publicznej nie jest niczym nagannym. Wręcz przeciwnie. A problemy biorą się stąd, że do tego terminu została przyczepiona jakaś łatka, trochę podobnie, jak wcześniej stało się ze słowem „gender”. Ludzie po prawej stronie nie wiedzą, co to jest gender i nie próbują się nawet tego dowiedzieć. Stworzyli alternatywną definicję tego pojęcia. I alternatywną definicję poprawności politycznej.

            Wytłumaczmy więc, o co chodzi.

            – Generalnie mówimy o takim typie postawy: mów poprawnie politycznie, czyli tak, żeby nie zrobić drugiemu krzywdy moralnej czy emocjonalnej swoimi słowami. To jedna z zasad komunikacji Grice’a: mów tak, żeby drugiej stronie było w miarę możliwości przyjemnie.

            Termin „poprawność polityczna” przywołują w Polsce najczęściej prawicowe portale i prasa. Głównie w charakterze obelgi.

            – To pewnie dlatego, że dla ludzi, którzy stosują się do zasad poprawności politycznej, jest to tak naturalne, że nie przychodzi im do głowy, żeby pisać artykuły o tym, że to wspaniała sprawa. Ewentualnie mogliby napisać coś o politycznej niepoprawności, ale wtedy użyliby raczej słowa „chamstwo”. Oczywiście tu otwiera się pole do wielkiej dyskusji – co jeszcze jest, a co już nie jest politycznie poprawne. Możemy się spierać.

            O te szczegóły, mam wrażenie, sprawa się rozbija. Często słyszę argumenty w stylu: Znajomy Cygan nie obraża się, że tak go nazywam, więc nie będę używał określenia „Rom”.

            – Oczywiście, są tacy, którym słowo „Cygan” nie przeszkadza, ale są i tacy, którym przeszkadza. O niektórych mówi się „Cyganie” i nie mają z tym problemu, ale są też tacy, którym – szczególnie jeśli odwołamy się do tego stereotypu, że Cygan to ten, który cygani, oszukuje – sprawimy przykrość, upierając się przy tym określeniu. Jerzy Ficowski, wielki przyjaciel Romów, znawca romskiej poezji pisał tylko i wyłącznie o Cyganach, nie pisał o Romach.
            Limanowa, ul. Wąska (fot. Łukasz Krajewski / Agencja Gazeta)
            Może w jego czasach jeszcze nie funkcjonował termin „Rom”.

            – Pod koniec jego twórczości już funkcjonował. Pamiętam też wywiad w „Gazecie Wyborczej” z nauczycielem w szkole dla dzieci – właśnie, jakich? Romskich? Cygańskich? To nie był Rom i podkreślał, że on terminu „Rom” w ogóle nie używa, bo jest on dla niego sztuczny. Mówił wyłącznie: „Cyganie”. Ale mógł sobie na to pozwolić również dlatego, że jego o złe intencje, brak wiedzy czy świadomości nikt nie mógł posądzić, a do tego w słowie „Cygan” nie ma immanentnie nic złego. Ma kilkusetletnią tradycję, jest międzynarodowe. Ale są takie słowa, na przykład na określenie mniejszości seksualnych, które powstały specjalnie po to, żeby obrażać, i tu już raczej nie ma dyskusji.

            Pedał, ciota, cwel.

            – Właśnie. Kluczowa jest intencja, z jaką używamy konkretnego słowa. Tu nie chodzi o ortodoksyjną politykę nakazów i zakazów, i o listę terminów, którymi można się posługiwać, i tych, którymi nie wolno.

            Bardziej o kontekst?

            – Oczywiście. Ale trzeba pamiętać, że dużo ewidentnie obraźliwych wyrazów wywodzi się ze slangu, z grypserki więziennej, z kminy złodziejskiej. Jeżeli zaczynamy przejmować język złodziejski, to przejmujemy intencje, z jakimi te słowa zostały stworzone.

            W tej sprawie sporo złego zrobili niestety dziennikarze, którzy w latach 90. pisali dużo o mafii w Polsce, opisując mafijną rzeczywistość słowami mafiosów. Na pierwszych stronach gazet pojawiały się te terminy, „żołnierze mafii” na przykład. Przyjęły się w powszechnym języku i są bezwiednie używane.

            To podobny casus jak w przypadku określenia „państwo islamskie”. Powtarzając je, legitymizujemy aspiracje terrorystów do stworzenia państwa.

            – Ulegamy propagandzie.

            Ale to właśnie z powodu zasad poprawności politycznej dziennikarze między innymi w Wielkiej Brytanii i innych krajach są szkoleni, żeby określenia „państwo islamskie” nie używać.

            – I bardzo dobrze. Szkoda, że nie uczą się jednocześnie tego, żeby nie używać określania „polskie obozy koncentracyjne”.
            Wiele obraźliwych wyrazów wywodzi się grypserki więziennej. Tu Projekt „Druga Przestrzeń” zrealizowany przy współpracy aresztu śledczego i Akademii Sztuk Pięknych (fot . Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta)
            Czy Szwecja jest rzeczywiście takim poprawnościowym rajem, jakim czasami wydaje się nam z perspektywy Polski?

            – Nie jest to takie jednoznaczne. Przez kilka lat mieszkałem razem ze swoją rodziną w Uppsali. To była połowa lat dziewięćdziesiątych i już wtedy istotną kartą rozgrywaną podczas wyborów parlamentarnych była kwestia uchodźców – wówczas przyjeżdżali do Szwecji masowo uciekinierzy przed wojną w byłej Jugosławii. Część społeczeństwa wysyłała sygnały, że polityka proimigracyjna jest zbyt łaskawa, zbyt łatwo zostać imigrantem, zbyt łatwo sprowadzić kolejne osoby na zasadzie prawa łączenia rodzin. Ograniczało się to w przestrzeni publicznej do tego, że na niektórych prywatnych samochodach instalowano naklejki z napisami „Indianie też byli gościnni”.

            Zakwalifikowałby to pan jako złamanie zasad poprawności politycznej?

            – To było jeszcze względnie poprawne politycznie, szczególnie w porównaniu z tym, jak otwarcie niepoprawne teksty pojawiają się w Szwecji dzisiaj.

            Również w parlamencie.

            – W latach dziewięćdziesiątych do szwedzkiego parlamentu również weszła partia demagogiczna, antyimigracja, ale – w przeciwieństwie do sytuacji dzisiejszej i Szwedzkich Demokratów – nie był ona nacjonalistyczna. Ale to nie było najistotniejsze. Najważniejsze było, że spora część Szwedów ma i miała duży problem z tak wielką grupą imigrantów, jaka mieszka w tym kraju, ale tej swojej niezgody nie potrafią wyartykułować, bo od lat są edukowani, że takich głosów w przestrzeni publicznej nie należy prezentować. Zatem deklaracje niezadowolenia są bardzo dokładnie owijane w bawełnę w postaci zawoalowanych komunikatów. Natomiast te negatywne emocje znajdują ujście w faktycznych kontaktach z ludźmi, którzy nie są rdzennymi Szwedami. Kiedy mieszkałem w Szwecji, do parlamentu dostał się pierwszy poseł, który był imigrantem w pierwszym pokoleniu, i nie był to Fin ani Norweg, tylko Chilijczyk, mówił świetnie po szwedzku, był przewodniczącym komisji parlamentarnej, która zajmowała się kwestiami imigracji i adaptacji. Na każdym kroku podkreślał, że imigrantom wcale nie jest w Szwecji tak różowo, jak się to prezentuje mediach, w parlamencie, w komisjach.

            A nie było?

            – Żeby to udowodnić, przygotował prowokację. Poprosił dziennikarzy pierwszego programu szwedzkiej publicznej telewizji, żeby towarzyszyli jemu i jego koledze w wyprawie do restauracji z ukrytą kamerą. W słoneczną niedzielę na głównej ulicy Sztokholmu w tradycyjnej obiadowej porze chcieli zjeść posiłek. W żadnej restauracji nie było dla nich wolnego stolika. 200 metrów za nimi szli biali Szwedzi w takim samym wieku i tak samo ubrani, dla których miejsce znajdowało się we wszystkich restauracjach.
            Wolontariusze rozdają jedzenie i picie imigrantom, który właśnie przybyli do Szwecji (fot. TT News Agency / Reuters)
            Chce pan powiedzieć, że ta flagowa szwedzka poprawność polityczna jest tylko oficjalnym językiem, a nie odruchem serca?

            – To jest służbowy uśmiech, z którym spotykamy się w banku czy w sklepie. Do pewnego stopnia ten służbowy uśmiech się przydaje, bo oczywiście lepiej, żeby ktoś był dla nas uprzejmy w takich publicznych miejscach, ale wiadomo, że przez osiem godzin dzień w dzień nie można się szczerze uśmiechać do każdego klienta.

            Kiedy rozmawiałem po angielsku – nie miałem problemów, ale gdy podejmowałem próby mówienia po szwedzku, zdarzało się, że byłem traktowany bardzo nieprzyjemnie. Młoda pracownica banku, która mogłaby być moją studentką, mówiła celowo tak szybko, żebym nie mógł zrozumieć. Na moją prośbę, żeby powtórzyła jeszcze raz wolniej, bo nie zrozumiałem, co powinienem zrobić, z urzędowym uśmiechem mówiła to samo w takim samym jak poprzednio tempie. Takich sytuacji doświadczyłem sporo, uchodziłem za imigranta i czasami naprawdę byłem traktowany nie najlepiej. W momentach, kiedy ludzie mogą sobie pozwolić na posłużenie się odrobiną władzy, żadna poprawność polityczna nie powstrzymuje niektórych przed okazaniem niechęci innym. Nawet w Szwecji.

            Czy język, którego używamy, wpływa na sposób, w jaki myślimy? Jeżeli ktoś przestanie używać słowa „pedał”, a zacznie używać słowa „gej”, to zmieni się jego wyobrażenie homoseksualnego mężczyzny?

            – Tu wchodzimy na teren bardzo poważnej dyskusji lingwistyczno-kulturowej – na ile myślimy językiem i na ile istnieje przełożenie pomiędzy używanym językiem a wyobrażeniem świata. Generalnie raczej w dyskursie naukowym przeważają zwolennicy tezy, że język istotnie wpływa na nasz sposób myślenia i postrzegania świata, choć może nie determinuje ich w 100 procentach. Ja też przychylam się do tej tezy. Jeśli dziecko na spacerze wskazuje na coś, co rośnie, ma listki i pyta mamę: „co to jest?”. „A to będzie kwiatek, tylko musimy trochę jeszcze poczekać” – powie jedna mama. A druga: „A wiesz, to jest jakiś chwast do niczego niepotrzebny, a jeśli dotkniesz, to on cię będzie parzył”. Ten pierwszy raz usłyszany komunikat będzie miał wpływ na to, w jaki sposób dziecko widzi ten wycinek świata.

            A w przypadku wyrażeń „pedał” i „gej”?

            – Jeśli ktoś już ma utrwalone słowo i przez to jakiś sposób widzenia innej osoby i próbuje mu się to w sztuczny sposób zmieniać, to może odnieść jakiś skutek, ale w jego świadomości wszystkiego nie zmieni. W Szczecinie kilka lat temu sąd zakazał oskarżonemu zbliżania się do sąsiada i używania w obecności tego sąsiada słowa „pedał”. To pewnie nie sprawiło, że on zmienił sposób myślenia o tym sąsiedzie, którego wcześniej obrażał.

            Ale pewnie sąsiadowi było łatwiej, kiedy nie musiał wysłuchiwać obelg pod swoim adresem?

            – Tak. Poprawność polityczna może doprowadzić do tego, że tym, którzy reprezentują grupy negatywnie oceniane przez część społeczeństwa, będzie trochę mniej niewygodnie. Będą się rzadziej spotykali z agresją słowną.

            Kto zatem powinien przestrzegać bezwzględnie poprawności politycznej?

            – Obraźliwych określeń nie powinno się w ogóle używać w przestrzeni publicznej, w parlamencie, w telewizji. Nie powinni ich używać ci, od których zależy akceptacja pewnych postaw. Jeżeli polityk mówi, że on nie może patrzeć na dwóch pedałów, jak się całują, ale dwie lesbijki chętnie by zaakceptował – to rechocząca tłuszcza przed telewizorami myśli: „Jak on tak mówi, to znaczy, że tak wolno. Nareszcie jesteśmy normalni”. O tym jest serial „Kiepscy”. Wiele scen w tym serialu to jest świetna socjolingwistyczna analiza. Kiepski mówi: „Oni nie mogą mówić pedał, bo oni chodzą w garniturach, ale ja mogę, bo ja garnituru nie noszę”. A jeśli nawet ci w garniturach mówią „pedał” czy „asfalt”, to znaczy, że to jest całkowicie dozwolone.

            Często pada argument, że używanie politycznie poprawnych słów jest sztuczne. Słyszałam niedawno 6-letniego chłopczyka, który opowiadał, że jego kolega jest „ciemnoskóry”. Brzmiało zupełnie naturalnie.

            – Moje dzieci chodziły do szkoły w  Szwecji, mieszkaliśmy w dzielnicy, w której połowę mieszkańców stanowili imigranci. Dla nich kolor skóry był zupełnie nieistotny. Większość kolegów mojego syna była mniej lub bardziej ciemna – Ormianie, przyjezdni z  Kaukazu, Grecy, Arabowie z krajów Maghrebu, Bośniacy. Nie widział tego. Po szkole szli do jednego z kolegów i to, że w tamtym domu mówiło się po turecku, grecku, arabsku czy w jeszcze innym języku – zupełnie nie miało znaczenia.

            Najłatwiej uczyć się tolerancji – również tej językowej – przez kontakt z innością.

            – Tak. Tylko ci „inni” muszą u nas zaistnieć. A jeśli na ulicy będą bici za to, że są tacy, jacy są, to nie przyjadą. Niestety, na razie nawet papież Franciszek musi przypominać polskim wiernym i biskupom, że imigranci to konkretni ludzie z imionami i nazwiskami, a nie hałastra, której trzeba się bać.

            Ludzie sobie wyobrażają, że reguły poprawności ustala jakaś komisja, która decyduje: nie mówimy „poszłem”, tylko „poszedłem” oraz nie mówimy „pedał”, tylko „gej”.

            – Oczywiście nie jest tak. To zjawisko nie jest w żaden sposób zinstytucjonalizowane. To kwestie indywidualnych i środowiskowych wyborów oraz pewnych wzorów – z jednej strony wynoszonych z domu, z drugiej – w jakimś stopniu może tutaj działać edukacja. Tylko uwaga, szkoła może łatwo wylać dziecko z kąpielą. Bo jeśli nauczyciele zaczną przesadnie naciskać, to nic z tego nie będzie – tak jak w przypadku lektur obowiązkowych, których nikt czytać nie chce, niezależnie od tego, czy to książki ciekawe, czy nie. Dzieciaki zaczną śmiać się z poprawnościowych zwrotów, szczególnie te, które w domach nie mają wsparcia, rodzice są niepoprawni politycznie i nie zamierzają tego zmieniać.
            Kadr z filmu „Świat według Kiepskich” (fot. materiały prasowe)
            W jaki sposób szkoła może kreować poprawność polityczną?

            – Z delikatnością, kulturą osobistą, wyobraźnią społeczną, psychologiczną, socjologiczną. Oczywiście to jest jednocześnie program wychowawczy, który powinien działać w ramach szeroko pojętej polityki językowej państwa. Nie powinno się jednak zaczynać od zakazów: nie mów „pedał”, nie mów „czarnuch”, nie mów „asfalt” na drugiego człowieka, bo robisz mu przykrość.

            Od czego zacząć w takim razie?

            – Od postawienia pytania: kim jest ten czarnoskóry człowiek? Znasz go? Rozmawiałeś kiedyś z czarnoskórym? Wiesz, jak on ciekawie opowiada? Wiesz, jak gra w piłkę? Jak gotuje? Spróbujmy się z nim poznać, porozmawiać z nim. On wie o wielu rzeczach o wiele więcej niż my.

            Jeśli pojawi się ślad szacunku, albo przynajmniej chęć poznania drugiej osoby, wtedy ktoś, kto używał wulgarnych czy obelżywych słów, sam się zastanowi nad tym, co mówi. Metodą zakazów nic się tutaj nie wskóra, trzeba wychowywać. Niestety, problem polega na tym, że nie ma kto tego robić. Jeśli na taką narrację decydują się media „lewackie”, to media prawicowe biją na alarm. Kiedy szkoła w czasie rządów nieco bardziej liberalnych próbuje to robić, to po zmianie rządów na konserwatywne ta sama szkoła do spółki z Kościołem robi coś dokładnie odwrotnego.

            Trudna sprawa.

            – Podział społeczeństwa, który widzimy w wielu dziedzinach życia, objawia się również w języku. Na przykład słowo „Europejczyk” ma dwa zupełnie inne znaczenia i odwrotne wartościowanie. Ja jestem dumny z tego, że jestem Europejczykiem, ale łatwo mogę sobie wyobrazić, że ktoś mógłby mi tym słowem nawymyślać: „ty Europejczyku jeden”.

            Jeszcze gorzej, jeśli Europejczyk jeździ na rowerze.

            – O tak. Ciekawe, swoją drogą, że cykliści byli wrogami narodu już w 1968 roku. Razem z esperantystami.
            Cykliści podczas akcji edukacyjnej Fundacji Ekologicznej ARKA pod hasłem „Rower Pomaga”. fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta
            Media rzeczywiście mają wielką moc. Działacze gejowscy często podkreślają, że nikt nie zrobił dla tolerancji wobec mniejszości seksualnych tyle, co Steven, gej z „Dynastii”.

            – Seriale są w stanie nawet przekonać kobiety do tego, żeby masowo zgłaszały się na mammografię. Niestety, język, którym operują te polskie, jest często nienaturalny.

            Słyszała pani kiedyś w polskim serialu jedno przekleństwo?

            Nie. Papierowe są te dialogi, rzeczywiście.

            – Oni się kłócą okrągłymi zdaniami. Na poziomie językowym są sztuczne, przez co cierpią te równościowe wątki. Wprowadzenie bohaterów gejowskich czy imigrantów nie ma takiej siły rażenia, jaką mogłyby mieć, bo ludzie podświadomie czują, że coś nie gra.

            Wczoraj na placu zabaw w centrum Warszawy słyszałam 10-latków przezywających się obelgami: „ty imigrancie” oraz „ty geju”.

            – Przerażające. Rozumiem, że kwestia uchodźców z Syrii i Afryki Północnej to jest trudny problem, ciężko znaleźć tu jakieś słuszne i dobre dla wszystkich rozwiązanie, ale jeżeli będziemy nadal zamykali się całkowicie na imigrantów, jeżeli będziemy dzielili ich na tych dobrych – chrześcijan i tych złych – muzułmanów, to takie przezwiska będziemy słyszeli coraz częściej.

            Prof. Włodzimierz Gruszczyński. Językoznawca z Uniwersytetu SWPS. Jego naukowe zainteresowania to badanie współczesnego języka polskiego, formalnym opisem języka, leksykografią oraz historią języka polskiego. Wykładał na uniwersytetach w Bukareszcie, Uppsali i Sztokholmie.

            Dominika Buczak. Dziennikarka, współautorka książek „Gejdar” oraz „Pan od seksu”. Publikuje między innymi w „Wysokich Obcasach”, „Ja My Oni”, „Urodzie życia”. Specjalizuje się w wywiadach i reportażach. Najbardziej interesują ją historie wykluczonych, słabszych, bardziej kruchych. Im chce dać głos.