Kibicuję chorym, na pohybel nieudolnym

Charakterystyczną cechą minionego ustroju, poza brakiem swobód obywatelskich, były permanentne niedobory niemal wszystkich wyrobów, na czele z żywnościowymi. Mimo doskonalenia wszystkich znanych sposobów, na czele z planami pięcioletnimi i kontraktacją trzody chlewnej oraz bydła rogatego zaopatrzenie zamiast się poprawić stale się pogarszało. Gdy zaczęło brakować cukru w 1976 roku władza sięgnęła po sprawdzony podczas okupacji hitlerowskiej pomysł kartek na cukier. Jednak mimo dalszego doskonalenia systemu kontraktacji zaczęło brakować mięsa, potem kawy, czekolady, a nawet… wódki.

Choć każdy widział, a niemal wszyscy wiedzieli, że winny jest niewydolny, nieudolny, marnotrawny system, władza z uporem szlifowała sprawdzone acz niedziałające sposoby walki z „przejściowymi trudnościami”. Podczas gdy na cukier wprowadzono kartki, sposobem na kolejki w sklepach mięsnych miały być sklepy komercyjne. Komercyjne w tych sklepach były oczywiście ceny, znacząco wyższe niż w uspołecznionym, socjalistycznym handlu detalicznym. Długo nie trzeba było czekać, żeby sklepy komercyjne także zaczęły świecić pustkami. W końcu zdecydowano się na desperacki krok — wprowadzenie kartek na mięso. Od tej pory nie zajmowano się już handlem, zaopatrzeniem, produkcją, rynkiem, bo wysiłek władzy skupił się wyłącznie na „doskonaleniu systemu reglamentacji”.

Potem garstka wywrotowców i malkontentów doprowadziła do zmiany systemu i sklepy zapełniły się towarami, a kolejki zniknęły. Pozostawiono jeszcze jednak gdzieniegdzie gnijące socjalistyczne wyspy nie poddane prawom rynku. Część z nich już nie istnieje, jak stocznie i inne kolebki, część istnieje i kosztuje podatników krocie, jak przemysł wydobywczy wydobywający palny kamień, część dopiero teraz urynkowiono, jak Pocztę Polską. Część wreszcie została urynkowiona, po czym znacjonalizowana na socjalistyczną modłę, jak służba zdrowia.

Ci wszyscy, którym się wydaje, że  wprowadzony przez tow. Łapińskiego, z aprobatą tow. Millera i tow. Kwaśniewskiego system służy chorym i można go tak wyregulować, żeby działał sprawnie powinni pilnie udać się na wycieczkę szkoleniową do Korei Północnej. Albo zapisać na poszerzone lekcje historii ze szczególnym uwzględnieniem ekonomi politycznej socjalizmu. Trzeba być zaiste człowiekiem głębokiej wiary, żeby wierzyć, że system nastawiony na redystrybucję składek zdrowotnych będzie zajmował się leczeniem chorych. Dlaczego lekarz miałby przejmować się pacjentem, badać go, leczyć, zlecać badania, skoro zatrudniającej go firmie ma przynosić zysk, a zapłacone ma z góry? Jeśli ta sama pula pieniędzy przeznaczona jest na badania, prowadzenie gabinetu i wynagrodzenie, to dlaczego lekarz ma się starać, skoro im lepiej będzie leczył, tym mniej zarobi?

Aż dziw bierze, że chorzy, pacjenci, nie domagają się jasnych i przejrzystych reguł rynkowych. Nie dziwią się, że nigdy nie brakuje pieniędzy na działalność NFZ, nigdy nie brakuje pieniędzy na uposażenie lekarzy, a notorycznie brakuje pieniędzy na leczenie. Nie widzą analogii w prywatnej służbie zdrowia, która jak sklepy komercyjne w minionych czasach także zaczyna robić bokami, a kolejki zaczynają się tworzyć także i tam. Socjalizm wytrzymał 45 lat i padł doprowadziwszy kraj na skraj bankructwa. Nowy system wprowadzony przez członków PZPR i SZSP ma niewiele ponad 12 lat, ale pod względem patologii przewyższa wszystko co znaliśmy z czasów komuny. To nie powinno dziwić, ponieważ działa w otoczeniu rynkowym, gdzie liczy się pieniądz i zysk.

Największą zbrodnią tego system, której społeczeństwo najwidoczniej nie chce dostrzec, jest selekcja negatywna polegająca na eliminowaniu lekarzy wybitnych, ponadprzeciętnych. Zwłaszcza tych, którzy studia kończyli dla idei, a nie głównie dla kasy. Naiwnością jest sądzenie, że da się kogoś zmusić nakazami, zakazami i karami do dobrej, solidnej pracy. Nie da się i to widać wyraźnie zwłaszcza pod koniec roku, gdy lekarze głośno ryczą, że za takie pieniądze nie da się leczyć ludzi, po czym za takie pieniądze leczą. Leczą? Nie leczą, bo przecież za takie pieniądze leczyć się nie da, sami to przyznali. Biorą kasę i kaleczą, udają, że diagnozują dla niepoznaki zlecając raz na jakiś czas jakieś tanie badanie.

Czołowy satyryk kraju, premier tysiąclecia, Donald Tusk swego czasu żartował, że wracających do kraju Polaków będą leczyć dobrze zarabiający lekarze (Wprost niebywale rzetelnie cytuje słowa premiera: już wkrótce będą nas leczyć dobrze zarabiający lekarze i pielęgniarki, dobrze zarabiający nauczyciele będą leczyć nasze dzieci). Dobry żart tymfa wart, bo wiadomo doskonale, że dobrze zarabiający, kompetentni polscy lekarze leczą głównie Niemców w Niemczech, Szwedów w Szwecji, Anglików w Anglii, Irlandczyków w Irlandii, Amerykanów w Stanach Zjednoczonych i Polaków zagranicą, słowem wszędzie, tylko nie w Polsce. Ponieważ w Polsce pozostali głównie niedouczeni partacze nastawieni na zarabianie, nie na pomaganie. Nie ze swojej winy zresztą, bo wśród priorytetów pomaganie i leczenie znajduje się na ostatnich miejscach poprzedzone zwrotem „jeśli wystarczy środków, to także…”

Warto przypomnieć sobie losy składki zdrowotnej. W roku 2002 wynosiła 7,75% poborów. Gdy rok później zlikwidowano Kasy Chorych i utworzono NFZ wysokość składki podniesiono do 8%. Wyznawcy PiS-u powinni mieć świadomość, że ich ukochana partia w programie wyborczym obiecała likwidację NFZ. Gdy zdobyła władzę obsadziła kluczowe stanowiska w Funduszu swoimi ludźmi i podniosła składkę do obowiązujących obecnie 9% (oprócz tego ZUS pobiera składkę na ubezpieczenie chorobowe, 2,45% podstawy wymiaru). Wspomnijmy z kolei dla porządku, żeby wyznawcom PO nie było przykro, że PO też obiecywała najpierw likwidację NFZ, a potem podzielenie go na kilka konkurujących podmiotów. Zamiast tego rozszerzono socjalistyczne zasady na rynek farmaceutyczny. Jeśli ktoś wierzy, że minister naprawdę jak lew walczy z firmami farmaceutycznymi o to, żeby leki były tanie, to powinien czym prędzej udać się do lekarza specjalisty. Albo ustawić się w kolejce po skierowanie.

Swoją drogą zakrawa na cud taka głęboka wiara w uczciwe intencje człowieka, który jako członek SLD nie zostawił suchej nitki na ustawie, którą jako członek PO z pełną determinacją forsował. Po drodze piastując stanowisko pełnomocnika rządu do spraw wykluczonych. Największy fan Arłukowicza nie jest w stanie wymienić choćby jednego działania podjętego przez opłacanego z pieniędzy podatników sekretarza stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Za to po wygranych wyborach najwidoczniej wykluczeni zniknęli, bo stanowisko po cichutku zostało zlikwidowane. I ten kryształowy człowiek negocjuje ceny z firmami farmaceutycznymi. Fantastyczne!

Władza zamiast przygotować rozwiązania systemowe postawiła na rozwiązania siłowe. Oczywiście nie może lekarzom sprokurować ścieżki zdrowia za pomocą ZOMO, czy innych oddziałów zwartych i gotowych, ale zawsze może uprzykrzyć im życie nasyłając kontrole i karząc za wszelkie rzeczywiste i domniemane przewinienia. Jak będzie traktował i leczył pacjentów taki przeczołgamy lekarz lepiej nie dociekać. Ale ukoronowaniem absurdu jest kontrola zarządzona przez UOKiK. UOKiK analizuje zgodność działań lekarzy zrzeszonych [pisownia urzędowa] w Porozumieniu Zielonogórskim z prawem ochrony konkurencji i konsumentów. Jak widać hasło „Dajcie mi człowieka a paragraf się znajdzie” nie straciło na aktualności. Ale przynajmniej 25 lat po transformacji ustrojowej poznaliśmy nowe pojęcie — socjalistyczna konkurencja. Teraz UOKiK zbada, czy lekarz nie godząc się na pracę poniżej kosztów złamał prawo. Otwartym pozostanie pytanie czy ci, którzy zgodzili się leczyć za takie pieniądze przypadkiem nie upadli na głowę.

Kartka na zdrowie

Ilu jeszcze chorych umrze, dla ilu nieudolne leczenie skończy się trwałym kalectwem, ile cierpień jeszcze potrzeba żeby społeczeństwo obudziło się wreszcie?

 

P.S.
Andrzej Celiński, który przeszedł odwrotną drogę — z opozycji pod skrzydła członka Biura Politycznego KC PZPR — kibicuje Bartoszowi Arłukowiczowi. Perorując z zapałem pierwszego sekretarza, który znał się na wszystkim przekonuje, że Za duży u nas tłok w szpitalach, a za mało dokonuje się w POZ. Wypowiada się jak rasowy propagandzista, który uważa, że nie należy niczego zmieniać, stojącego na głowie systemu nie ma sensu reformować, bo To jest sprawa podziału dostępnych środków. W PRL-u środków brakowało zawsze i na wszystko, podobnie jak teraz w NFZ. A jedynym pomysłem władzy było dzielenie ich względnie reglamentowanie, a nie pomnażanie i reformowanie tego, co nie działa. Homo sovieticus ma się całkiem dobrze…

Dodaj komentarz