Im gorzej, tym drożej

Każdy słyszał, wie, a na pewno powinien wiedzieć na czym polega prawo podaży i popytu. Jest to bowiem podstawowe prawo ekonomii, które wyjaśnia zależności między dostępnością dóbr, czyli podażą, zainteresowaniem nimi, czyli popytem oraz ceną, która silnie zależy od tych dwóch wartości. Motorem napędowym napędzającym rynek jest chęć zysku, zwana niekiedy chciwością, a warunkiem działania tego prawa jest istnienie wolnego rynku i konkurencji.

Historycznie jedną z pierwszych potrzeb, w pełni zaspokajaną, była potrzeba kontaktu z zaświatami, mocami tajemnymi i istotami mocarnymi. Charakterystyczną ich cechą było to, że — mimo posiadanych mocy — nigdy nie działały samodzielnie, zawsze przez swego śmiertelnego ziemskiego przedstawiciela, którego informowały o zamierzeniach i negocjowały cenę odstąpienia od realizacji planów. Oczywiście wtedy, gdy nikt nie wiedział dlaczego deszcz pada, a pioruny biją, było zdecydowanie łatwiej uwierzyć, że ktoś za tym stoi, choć i dzisiaj nie jest zbyt trudno.

Wczoraj zawiesiliśmy w powietrzu pytanie „Co ze zwiększenia nakładów na służbę zdrowia będą mieli pacjenci?” Dziś możemy spróbować na nie odpowiedzieć. Otóż nic nie będą mieli. Bo dlaczego mieliby? Przecież owe „nakłady”, co wyraźnie dają do zrozumienia wszyscy, zostaną przeznaczone na pensje, gaże i apanaże. W jaki sposób pacjent odczuje podwyżkę płacy lekarza czy pielęgniarki, skoro i jednych i drugich jest za mało? Jeśli system premiuje miernoty, to jednostki wybitne, ale także uczciwe, idą tam, gdzie mogą czerpać satysfakcję z pracy, pogłębiać wiedzę i rozwijać się.

Spójrzmy na sprawę ochrony zdrowia od strony rynku. Jest popyt — chorzy. Odpowiedzią na popyt jest podaż — placówki służby zdrowia. Powstaje rynek usług, który kształtuje ceny. Konkurujące ze sobą placówki — szpitale, przychodnie — rywalizują nie tylko cenami, ale także doświadczeniem personelu medycznego, jakością świadczonych usług, wyposażeniem, zapleczem. Klient, w tym przypadku pacjent, względnie firma, w której się ubezpieczył, płaci określoną cenę za usługę, placówka medyczna zarabia, a zarobione pieniądze inwestuje. Dzięki temu rozwija się.

W socjalizmie to tak nie działa. Placówka medyczna jest finansowana z budżetu, ceny usług brane są z sufitu, a inwestycje… A inwestycje dokonywane są z rozdzielnika. Jeśli w ogóle jakieś mają miejsce, bo przeważnie brakuje pieniędzy. W tym miejscu włącza się u wielu bezmyślny samograj, który jak zdarta płyta powtarza, że „gdy służba zdrowia będzie prywatna, to nikogo nie będzie stać”. A teraz stać? Przecież co i rusz w prasie pojawia się błaganie o pomoc w terapii. Nawet Kora nie jest w stanie sama sfinansować swego leczenia, choć do biednych według wielu raczej się nie zalicza. Nie tak dawno mała dziewczynka, by ratować swą mamę, zorganizowała nielegalny kiermasz. W tej sytuacji opowiadanie o „darmowej” służbie zdrowia nie świadczy najlepiej o opowiadającym, bo znamionuje albo nieznajomość rzeczy, albo skrajny cynizm.

Usługi medyczne nie są zwykłą działalnością usługową, dlatego muszą być szczegółowo uregulowane i kontrolowane. Bo pokusa matactw i oszustw jest spora. Ale to zadanie władzy, której obowiązkiem jest przygotowanie takich zasad, żeby z jednej strony nie blokować rozwoju, a z drugiej wyeliminować nadużycia. Jak wygląda sytuacja dziś? Dziś sytuacja wygląda tak, że jest jeden główny płatnik, który wycenia procedury medyczne w oparciu o dane brane z sufitu, prognozuje ile w roku będzie zachorowań na określoną chorobę i w oparciu o te wyssane z palca prognozy „kontraktuje” usługi medyczne. Klasyczne socjalistyczne planowanie, gdzie przekroczenie planu to „klęska urodzaju”. To, co jest marzeniem każdego biznesmena — olbrzymi popyt — w tym przypadku stanowi olbrzymi problem i generuje koszty. Placówki medyczne zaś poddawane są nieustannej presji płacowej, bo płaca nie odzwierciedla kompetencji, wiedzy, jakości świadczonych usług, kondycji firmy. Jej wysokość musi być satysfakcjonująca wyłącznie dla lekarza, bo już nawet nie dla pielęgniarki. A tego warunku nie da się spełnić, bo „satysfakcja”, jest pojęciem nieprecyzyjnym. Zaś hasło „pokaż lekarzu co masz w garażu” dowodzi niewiary w to, że lekarzom naprawdę dzieje się krzywda.

Ci, którzy uważają, że tylko państwowa służba zdrowia coś zagwarantuje powinni zdać sobie wreszcie sprawę, że służba zdrowia w dużej mierze już jest prywatna. I jeśli jakiś zabieg kosztuje krocie, to nie dlatego, że faktycznie tyle kosztuje (warto sprawdzić ile kosztuje np. w Czechach, na Słowacji czy w Niemczech), ale dlatego, że wycena dokonywana przez monopolistę jest często zaniżona i trzeba sobie jakoś straty odbić. Choć bywa i odwrotnie — klinika NeoVize w czeskim Cieszynie oferuje usunięcie zaćmy za 2,4 tys. zł, podczas gdy NFZ płaciło prawie 3 tys. zł, a warszawska klinika wycenia zabieg na 1999 zł zł. Ale jest też i drugie dno. Jeśli szpital musi wykonywać zabiegi ratujące życie, a NFZ mu za to nie płaci, to szpital zadłuża się. Pytanie brzmi: Jak zadłużone szpitale mają inwestować w sprzęt, oferować nowoczesne metody leczenia? Dotąd wspomagał je i wyręczał Owsiak ze swoja Orkiestrą, ale to się może wkrótce skończyć.

Każdy, komu przyjdzie czekać latami na zabieg, przekona się na własnej skórze, że służba zdrowia po prostu nie działa i tylko z pozoru jest darmowa. Nie da się bowiem socjalistycznych zasad wtłoczyć w wolnorynkowe ramy rachunku ekonomicznego. Chociażby dlatego, że ceny reguluje rynek, a nie urzędnik. Rola urzędnika powinna sprowadzać się do pilnowania, by nie nikt nie wykorzystywał pozycji monopolistycznej, nie windował cen w nieskończoność i nie oszukiwał, a nie do opracowywania wytycznych dla lekarzy jak mają kwalifikować schorzenia. Obecny system wchłonie bez śladu każde zwiększenie nakładów i nic się ani nie zmieni, ani nie poprawi. Bo problemem nie są nakłady, ale zasady. NFZ dziesiątki miliardów złotych pochodzących ze składek rozdysponowuje po uważaniu, bez żadnej kontroli. A pacjenci słyszą jedynie, że brak pieniędzy z jednaj strony i „za mało nam płacą, należy nam się więcej” z drugiej. Zaś prawdziwa jazda bez trzymanki dopiero przed nami…

Warto zdać sobie sprawę, że na ochronę zdrowia wydajemy co roku 100-150 mld zł, w zależności od tego jak liczyć. Na co idą te pieniądze? Głównie są przejadane, a inwestycje i profilaktyka stanowią margines. Ostatnie dane GUS dotyczące roku 2013 wyglądają następująco: Wydatki na ochronę zdrowia wynosiły 106,0 mld zł, były wyższe niż w 2012 r. o ok. 5 mld zł. i stanowiły 6,38% PKB. Niestety, nigdzie nie można znaleźć informacji co rośnie szybciej — nakłady czy kolejki do lekarzy specjalistów.

 

PS.
Wychodząc naprzeciw oczekiwaniu społecznemu NFZ przygotował Ogólnopolski Informator o Czasie Oczekiwania Na Świadczenia Medyczne, gdzie można sprawdzić czas oczekiwania na zabieg. Wyobraźmy sobie, że cierpimy na… coś. Wchodzimy i w polu „jakiego świadczenia szukasz?” wybieramy interesujące nas świadczenie z długiej listy, której dla ułatwienia nie daje się przeszukiwać. Świadczenia są pogrupowane alfabetycznie i intuicyjne, na przykład świadczenie chirurgiczne znajdziemy oczywiście pod ‚O’, a nie pod ‚C': ODDZIAŁ CHIRURGICZNY OGÓLNY. Z kolei jeśli cierpimy na „mikroskopowe zapalenie naczyń (MPA)”, to świadczenie znajdziemy, co również oczywiste, nie pod ‚Z’ ani nawet pod ‚M’, lecz pod ‚L’ (LECZENIE AKTYWNEJ POSTACI ZIARNINIAKOWATOŚCI Z ZAPALENIEM NACZYŃ (GPA) LUB MIKROSKOPOWEGO ZAPALENIA NACZYŃ (MPA). Gdy już znajdziemy interesujący świadczenie, np. PRZEZCEWNIKOWA NIEOPERACYJNA NAPRAWA ZASTAWKI MITRALNEJ U CHORYCH WYSOKIEGO RYZYKA, to dowiemy się, że „Miesiąc i rok aktualizacji danych 8/2016 r.”. Czyli dane są jak najbardziej aktualne. Aż strach pomyśleć co by się działo gdyby służba zdrowia była prywatna, prawda?

Dodaj komentarz


komentarzy: 9

  1. Dam przykład pracy prywatnego szpitala w niewielkim miasteczku pomorskim, w Miastku. Organizacja pracy w tym szpitalu wygląda inaczej niż w państwowych. Dyżury nocne są organizowane tak, że np. jeden lekarz dyżurny wizytuje kilka razy w czasie dyżuru oddział reumatologiczny, gdzie nie ma potrzeby bycia cały czas, a swój dyżur pełni na internie. Na obu oddziałach są pielęgniarki – po jednej.

    Gdy chora kończąc swój pobyt w tym prywatnym szpitalu wręczyła wiązankę kwiatów szefowej pielęgniarek, a potem ordynatorce dziękując za leczenie i za to, że czuła się tak jakby była najważniejszą pacjentką. W odpowiedzi usłyszała: Czy w leczeniu nie o to chodzi także?

    Przebywając w klinice z zarządzaniem w starym stylu, gdzie pielęgniarki były nadmiernie wykorzystywane i obciążone pracą i nie miały czasu na wypicie przysłowiowej kawy, planowany pobyt na 5-6 dni przeciągnął się do 3 tygodni!!!

    Narzucanie cennika szpitalom mija się z celem, bo jeden szpital potrafi organizować sobie pracę lepiej, inny nie potrafi wcale. Poza tym warunki w jakim przychodzi pracować personelowi też mają znaczenie i dla nich i dla chorych. Czy umęczona pielęgniarka będzie miała siły chociażby na uśmiech?

    Ustalanie stawek na każdą czynność to pomysł niepoważny. Biorąc pod uwagę prosty przykład dwóch rodzin, których dochody są podobne, warunki mieszkaniowe takie same. Jedni będą potrafili gospodarować rozsądnie, przewidująco. Drugim ciągle będzie brakowało do pierwszego. Tak też jest ze szpitalami.

    Gdyby stawki były wypłacane za ilość chorych na oddziale z poprzedniego roku, większe lub mniejsze w zależności od chorób jakie tam występują, koniecznej długości kuracji, to szpitale mogłyby same decydować jak je wydawać. Tak jak teraz jest, to przypomina czas żniw i ciągły brak sznurka do snopowiązałek. I nikt nie nauczył się, że sztywne rozdzielnictwo jest niedobre.

    Niedawno obiegła media wiadomość o śmierci lekarki, która była na dyżurze CZTERY DOBY. Jaki był czas, który mogła poświęcić na odpoczynek i regenerację sił przed takim dyżurem, jeszcze nie wiadomo. Śledztwo trwa. A zdarzyło się to w Białogardzie, niedaleko od Kołobrzegu. Dodam, że część odremontowanych budynków oddano w użytkowanie jakiejś prywatnej firmie medycznej. Lekarze potraktowani byle jak, odeszli z pracy. A mieszkańcy Białogardu szukają w innych miastach miejsc do leczenia.

    Okazuje się, że przepisy (nie tylko w sprawie służby zdrowia) muszą być bardziej szczegółowe, a ministrowie reagować szybciej. MZ planuje, że wiele rodzajów leczenia nie będzie wymagało chodzenia do specjalisty, bo pomocy udzieli lekarz pierwszego kontaktu. Dostanie na badania więcej pieniędzy. Według mojego rozeznania, to taki lekarz będzie miał zwiększone dochody. Teraz często dają zlecenia na badania, ale prywatne, obciążające kieszeń chorego.

    Można zapytać dlaczego nikt na to nie reaguje? Kontrole przewidziane są raz 7-8 lat. Czyli hulaj dusza, piekła nie ma.

    1. Doskonały pomysł. Lekarz pierwszego kontaktu wyręczy okulistę, chirurga, kardiologa, onkologa. Przecież zna się na wszystkim. Po co nam specjaliści? Wystarczy Chazan. Gdy córkę ugryzł kleszcz lekarzyna pierwszego kontaktu odesłała nas na SOR, ponieważ ona „nie ma specjalistycznego oprzyrządowania”. Znacznie łatwiej wyleczyć raka niż wyjąć kleszcza, bo do raka nie potrzeba specjalnych narzędzi.

      1. W poprzednim ustroju lekarze przyjmujący chorych w przychodniach, mieli dyżury w szpitalach. Tam byli na bieżąco z „nowinami” medycznymi, z nowymi lekami, z nowymi kierunkami leczenia. Dwaj posłowie z Kołobrzegu pracują jako lekarze nie dlatego, że im brak pieniędzy, a dlatego, że 5-letnia przerwa w praktyce lekarskiej zmusiłaby ich do wielokierunkowych egzaminów medycznych.

        Jakie doświadczenie ma lekarz pracujący w przychodni i tylko w przychodni? Nikt nie sprawdza co zapamiętał, w czym się podszkolił. I taki ma leczyć to, czego nie umie, nie potrafi. Dodam jeszcze, że np. lekarz neurolog nie może przepisać leku niezbędnego, a „mocniejszego” z laryngologii. Potocznie zwany domowym – MOŻE!!! Chory leżący w szpitalu na np. internie nie jest kierowany z tego oddziału na laryngologię, co uprościłoby procedury, bo na laryngologię musi mieć skierowanie od „domowego”. Inaczej szpitalowi nie zapłacą.

        Trzymanie się sztywno procedur NFZ powoduje, że lekarzom, szpitalom nie opłaca się wykonywać pewnych zabiegów, bo są za tanio wycenione, a powinny być wycenione wyżej. Szpitalowi nie zapłacą jeśli chory po udzieleniu pomocy nie odleży nakazanych dni. A mógłby np. po dwóch dniach pójść do domu i leżeć we własnym łóżku. Przypuszczam, że żaden światowej klasy twórca nie wymyśliłby takich dziwolągów, a w Polsce wymyślili to naukowcy od medycyny, ale z brakiem rozumienia realiów, sensu takich rozwiązań.

        Szpital powinien już we wrześniu-październiku wiedzieć jaką kwotą powinien dysponować na rok następny. I sam decydować jak tę kwotę wykorzysta. Jeszcze inną sprawą jest wyżywienie chorych w szpitalach. Przypuszczam, że takiej nędzy nie ma nawet w więzieniach. A jeden chory musi mieć taką, a inny owaką dietę. Wprowadzenie stawki, np. 5 zł płaconej przez chorego pomogłoby poprawić jakość żywienia.

        Tak jest w sanatoriach. Ci z przydziału mają byle jakie jadło, ci prywatni o wiele lepsze, ale można dopłacić i jeść jak człowiek. Z tym, że jedzenie sanatoryjne nawet to tańsze, to nie jest szpitalny śmietnik.

        1. Tak, rozwiązanie jest bajecznie proste. Wprowadzić drugą stawkę. Ale dlaczego 5 zł i dlaczego tylko podczas pobytu w szpitalu? Wprowadzić dodatkową składkę żywieniową i niech każdy płaci ją co miesiąc obok innych składek. Co ciekawe nikt nigdy płacąc na coś przedpłaty czy oszczędzając nie twierdził, że dostaje coś za darmo. A tu udało się ludziom wmówić, że płacąc składki dwa razy wyższe niż podatki leczą się za darmo! Drugi cud nad Wisłą!

          Nie, moja droga. Żadnych dodatkowych opłat. Składki zamiast do NFZ czy do budżetu powinny trafiać do ubezpieczyciela, który opłaca nimi usługi medyczne. Jeśli chcesz trafić do specjalisty czy jeść policzki wołowe w truflach, to musisz dopłacić do ekstra usług. Udając się do lekarza z góry wiesz ile, za co i dlaczego zapłacisz. Bardzo drogie, nowatorskie procedury może wspierać państwo.

          System reglamentacji świń nie sprawdził się i system reglamentacji usług medycznych też się nie sprawdził. Nie ma różnicy między śmierdzą kogoś, kogo na leczenie nie stać, a śmiercią kogoś, kto zabiegu nie doczekał. Tym bardziej, że kolejki powodują wyłączenie wielu „z obiegu”, a choroba nie czeka.

          Trzy lata temu panu Waldemarowi (72 lata) zaczęły dokuczać bóle w plecach i okolicy serca. Badanie ECHO serca nic nie wykazało, skierowano go więc na badanie TK. Czekał na nie pół roku. Kolejnych sześć miesięcy czekał – na wizytę u lekarza specjalisty. Tymczasem tętniak rósł, gdy w końcu go wykryto, miał już ponad 6 cm średnicy, a więc kwalifikował się do pilnej operacji!

          Jedynym szpitalem na Pomorzu, który wykonuje takie zabiegi, jest Uniwersyteckie Centrum Kliniczne. Problem w tym, że ze względu na zbyt mały kontrakt z NFZ szpital może miesięcznie wykonać zaledwie cztery takie zabiegi. Tak więc chorzy, których jest znacznie więcej, losują życie jak na loterii. Część z nich szuka pomocy w szpitalach w innych województwach (Pomorski NFZ i tak za nie płaci w ramach tzw. migracji). Część pacjentów jednak umiera, nie doczekawszy się zabiegu.

          Jaką dopłata rozwiązałaby ten problem? 5 zł? 50? 500? 5000?

          1. Można nie dopłacać, można. Przypomnę, że opłacamy składkę za leczenie, a nie żywienie. I to być może w NFZ dostrzegą. Byłam w szpitalu i jako osoba nigdy nie grymasząca w takich sytuacjach, jadłam suchy chleb na śniadanie i na kolację, bo dodatki do niego były niejadalne. Wszyscy je oddawali.
            Jedzenie to też problem zdrowotny, ale 5 zł na nie, nie można porównać do problemów z leczeniem faktycznym. Co do opłat za badanie – będąc ubezpieczonym – to dla mnie nie nowy problem, a stosowany. Gdyby nie prywatne badania, na pewno bym tu nie pisała.

            Porównywanie do kontraktacji jest nie na miejscu.

            1. Przypominasz nieprawdę. Składnikiem leczenia jest też wyżywienie. Ale rozumiem rozumowanie. Składka jest zdrowotna, to powinniśmy dopłacać do jedzenia, lekarstw, strzykawek, kroplówki. Bo płacimy tylko za leczenie. Czyż nie? Wybacz sarkazm, ale wiesz ile przez te lata wpłaciłaś składek? Wiesz na co Cię za te pieniądze byłoby dziś stać? Jesteś pewna, że jesteś leczona dobrze, a nie tanio? Ten system wyeliminował nie tylko specjalistów, ale i przyzwoitość. Trafisz do specjalisty, to on owszem, złapie się za głowę, ale w ewentualnym sporze sądowym brać udziału nie będzie, bo mu sumienie nie pozwala (to jedna z wielkich tajemnic sumienia). Często też krytyka kolegów i ich metod wcale nie oznacza, że sam będzie leczył lepiej.

              Leczyłem się u pewnej p. dr. Za pieniądze. P. dr pozwalała mi odwiedzać się bez rejestracji biorąc połowę stawki. Ktos się zorientował czy doniósł, wywalono ją. Ponieważ odnowiło mi się zgłosiłem się do innego p. dr. Wyśmiał metody stosowane przez p. dr i zastosował… ten sam antybiotyk. Na uwagę, że nie działa wzruszył tylko ramionami. Ponieważ nie zadziałał w geście rozpaczy trafiłem do darmowej p dr, która – o dziwo – wyleczyła mi to, co szwankowało.

              Czego to dowodzi? Ano tego, że żadne podwyżki z tumana nie zrobią lekarz! Za to istnieje duża szansa, że rynek wyeliminuje rzeźników. I dlatego ten system NIE ZOSTANIE zmieniony!

                1. Dostrzegłaś irytację? Słusznie. Krew mnie zalewa gdy słyszę o „współpłaceniu” bez względu na to czy dotyczy wizyty, lekarstw czy jedzenia. Albo utrzymujemy służbę zdrowia za pomocą składek płacąc z góry, albo sami decydujemy któremu lekarzowi zapłacimy płacąc z dołu, za usługę. Branie dwa razy za to samo jest nieetyczne. Zwłaszcza że nie ma żadnej gwarancji, że zapłaciwszy 5 zł pacjent dostanie lepsze jedzenie.