Do boju!

Niedawno przyglądaliśmy się problemowi p.i. Pozwólcie drodzy Czytelnicy, że z premedytacją nie rozwinę tutaj tego skrótu. Ponieważ mowa o grupie społecznej, niestety aż nazbyt licznej, która nie tylko ma kłopoty ze zrozumieniem tego, co się do jej członków mówi, ale na dodatek wstrętem napawa ich weryfikacja i sprawdzanie informacji. To daje gwarancję, że nikt nie weźmie niczego do siebie i nie poczuje się nieswojo z powodu wpisu. Ponieważ ową grupę charakteryzuje jeszcze jedna cecha – nadwrażliwość uczuciowa.

Zdefiniowawszy i przyjrzawszy się p.i. musimy sobie odpowiedzieć na podstawowe pytanie – czy oni są groźni? Odpowiedź jest prosta – tylko wtedy, gdy mają władzę lub czynne prawo wyborcze. Jak to działa i jak może być… zabawne prześledźmy na przykładzie. Otóż trzy lata temu Ministerstwo Zdrowia pod światłym przewodem dr n. med. Ewy Kopacz uznało – słusznie – że odpowiada za zdrowie obywateli. A co to jest zdrowie? No oczywiście! Śmiech to zdrowie! Każdy to wie. Wyobraźmy sobie punkt sprzedaży. Można w nim sprzedawać wszystko, oprócz wymienionych w rozporządzeniu specyfików. Proste, logiczne i… co w tym śmiesznego? Nic. Ministerstwo Zdrowia postanowiło więc temu zaradzić i wydało zarządzenie, iż w punkcie sprzedaży nie wolno sprzedawać niczego, oprócz wymienionych w rozporządzeniu towarów. Nikomu nie jest do śmiechu? No to uwaga – listę 300 specyfików, którymi nie wolno było handlować zastąpiono listą 17.985 (sic!) produktów, którymi wolno. Rok później listę nieco skrócono.

Jak wiadomo narkotyki to zło, z którym należy walczyć. Nie wiadomo do końca dlaczego, ale wiadomo na pewno, że trzeba. Odpryskiem tej walki są tak zwane dopalacze. Z nimi też należy walczyć. No więc rząd i sejm walczą jak lwy. Im bardziej mizerne wyniki tej walki, tym bardziej walczą. Oczywistą oczywistością jest, że nie można nazwać dopalaczy narkotykami, bo z zagrożeniami należy walczyć osobno. Zwłaszcza, że walka z narkotykami jest w sumie zdecydowanie prostsza niż z dopalaczami. Choćby z tego względu, że definicja narkotyku jest bajecznie prosta – narkotykiem nazywamy to, co za narkotyk uznajemy. Gorzej z dopalaczami, bo tak do końca nie wiadomo co to jest. Grzybki halucynogenki to dopalacze? A ziółka? Dopalacz to to, co nie jest narkotykiem, choć działa jak narkotyk i nie jest alkoholem ani płynem hamulcowym?

Od tysięcy lat ludzie sięgali po środki halucynogenne. A walka z tą cechą ludzkiej natury na całym świecie i nie zdała egzaminu, i przynosi więcej szkody, niż pożytku. Nie zważając na to inteligentni inaczej politycy wpadli na szatański pomysł utworzenia „listy substancji zakazanych”. Gdy jakaś substancja znajduje się na rynku od dawna można określić jej działanie długofalowe, skutki uboczne, przygotować metody leczenia, odtruwania. To jest jednak według polityków po prostu niedopuszczalne. Z tym trzeba walczyć. Jak? Umieszczając na liście substancji zakazanych. Bo to stymuluje postęp – w miejsce jednej substancji pojawi się dziesięć nowych. Gdy zbiorą odpowiednie żniwo, doprowadzą do odpowiedniej liczby tragedii umieści się je na liście substancji zakazanych i cały cykl powtórzy się od początku. A ponieważ ilość substancji jest praktycznie nieskończona, politycy będą mieli zajęcie tak długo, aż nie doprowadzą do nieszczęścia na skalę globalną.

Bój z narkotykami, przypominający walkę z wiatrakami, rujnuje życie zarówno bogatym, jak i biednym, zarówno mieszkańcom Wschodu, jak i Zachodu. Zapełnia więzienia, prowadzi do korupcji polityków i stanowi plagę narodów. Przynosi pieniądze na finansowanie wojen od Afganistanu po Kolumbię. Jest po prostu obłędny. Jednak nie widać oznak, by zadowolone z siebie liberalne demokracje Europy i Ameryki Północnej mogły się zdobyć na jakąś reformę. Nie wspominali o niej ani Barack Obama, ani David Cameron, François Hollande czy Angela Merkel. Ich kraje stać na podtrzymanie prohibicji – przez stosowanie niedorzecznych represji prawnych i zamiatanie konsekwencji pod dywan. Politycy będą dalej uśmiechać się i w kółko zapewniać, że są w stanie poradzić sobie z narkotykami. Ostatnio Ekwador ułaskawił 1.500 „mułów” – kobiet wykorzystywanych do przewozu kokainy przez granice. Wielka Brytania wciąż tkwi w średniowieczu i te nieszczęsne kobiety na całe lata wsadza do więzienia.*

Gdy już mowa o wyborach dokonywanych przez p.i. nie można nie zwrócić uwagi, iż nie zawsze jest wybór. A ryba zawsze psuje się od głowy. Na przykład minister sprawiedliwości, który został ministrem sprawiedliwosci dopiero po wyborach nie mając ku temu żadnych predyspozycji, wiedzy, wykształcenia oznajmił był niedawno, że literę prawa ma w… nosie, bo liczy się duch. Znając poglądy p. ministra nietrudno domyślić się jaki. A gdy władza nadrzędna ma prawo w… nosie, to i władza lokalna czuje ducha i pozwala niektórym na to, czego teoretycznie nie wolno. Nie wolno zastawiać chodnika? Litera zabrania. A duch nie.

___________________

* Simon Jenkins, The Guardian, Woda nie płynie do góry; tekst zamieszczony na portalu Polityka. Lektura porażająca.

Dodaj komentarz