Demokracja wersja demo

Wydaje się nam, że żyjemy w kraju demokratycznym. W Przekroju ukazał się przed wyborami artykuł. Artykuł, który powinien być stale obecny, przypięty, dostępny. Nie jest. Więc parę refleksji w oparciu oń.

Konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej: Art. 100.

Kandydatów na posłów i senatorów mogą zgłaszać partie polityczne oraz wyborcy.

Co zrobić, żeby przypadkowi wyborcy nie zaczęli bruździć i zgłaszać swoich kandydatów? Proste. Uchwalić prawo, które zapis konstytucji uczyni martwym. Więc według polskiego prawa wyborczego wszelkie pieniądze na finansowanie kampanii muszą przechodzić przez partyjny komitet wyborczy. Kandydaci nie mają prawa sami sobie namalować nawet plakatu. Wpierw muszą wpłacić pieniądze na konto komitetu, a dopiero ten może zapłacić za plakat.

W poprzednich wyborach parlamentarnych w Warszawie Tusk Donald Franciszek uzyskał ponad 534 tysiące głosów, Kaczyński Jarosław Aleksander nieco ponad 273 tysiące. Z pozostałych 17 warszawskich kandydatów, którzy zdobyli mandaty, pięciocyfrowym wynikiem może poszczycić się jeszcze tylko trzech polityków. Reszta „zwycięzców” przeszła głosami rodziny i znajomych. Na przykład Tadeusz „Zulu-Gula” Ross, zdobył 2712 głosów. I ciesząc się poparciem 0,007% ogółu obywateli został posłem.

Konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej: Art. 104.

Posłowie są przedstawicielami Narodu. Nie wiążą ich instrukcje wyborców.

Narodu? Jakiego narodu? Posłowie są posłusznymi pretorianami liderów partyjnych. Rak, który trawi polski system wyborczy nie daje objawów na zewnątrz. Na pierwszy rzut oka wszystko jest zgodne ze standardami – są partie, kampania wyborcza, urny, komisje. Ale nie lud (czy – jak chce konstytucja – Naród) ma władzę. Bowiem nie lud, lecz lider partyjny deleguje posłów, którzy podejmują decyzje w jego imieniu. I w ostatecznym rozrachunku nie lud rozlicza swoich „reprezentantów”. Kogo więc naprawdę wybieramy? Posłów, których w większości nie znamy nawet z nazwiska? Za kotarą, gdzie zostajemy sam na sam ze spisem anonimowych nazwisk, wybieramy tych z pierwszych miejsc, liderów największych ugrupowań. Chyba, że bierzemy udział w akcji „głosuj na ostatniego z listy”. Reszta, czyli ludzie, którzy w większości nie mieliby szans, gdyby nie zostali namaszczeni przez szefa, dostanie mandaty przy okazji, dzięki ordynacji – takiemu, a nie innemu, przeliczaniu głosów. Komu oni będą wdzięczni za wybór? Wyborcom?

Przecież kandydaci nie zbierają żadnych podpisów za poparciem swojej kandydatury! Zbierają podpisy na rzecz partii i jej zamkniętych propozycji w postaci gotowych list z wykazem namaszczonych przez liderów. Głosując więc na kogoś z tej listy wyborcy popierają nie tylko Tuska/Kaczyńskiego, ale też nieznanego im człowieka z pozycji 16. Walka wewnątrz ugrupowania o względy szefa, czyli o wyższe miejsce na liście, jest już tak otwarta i bezwzględna, że kandydatom coraz trudniej przekonać wolontariuszy, że pracują na rzecz partii, a nie w prywatnym interesie kandydata. To już nie demokracja. To listokracja – najpierw walka o miejsce na listach wyborczych, potem przyklepanie kolejności dziobania przez liderów, w końcu przedstawienie wyników „wewnętrznej weryfikacji kandydatów” wyborcom.

Czy dużo uczciwiej, prościej, przejrzyściej i taniej nie byłoby, gdybyśmy głosowali od razu na Tuska lub Kaczyńskiego? A oni by sobie potem ludzi do przyciskania przycisków i podnoszenia rąk zgodnie z wytycznymi dobrali sami?

Tak więc to nie wyborcy wskazują przy urnie tych, którzy mają ich reprezentować. A skoro tak, to nie mogą ich także rozliczać – wybrać ponownie lub nie. Bowiem to nie oni, tylko lider partyjny zdecyduje, czy umieści delikwenta na liście dając taką szansę, a i tak wówczas mandat zależy od miejsca na liście, a nie od spełnienia obietnic wyborczych. Po co więc posłowie mają się starać? Liczyć z wyborcami? Przecież to nie wyborcy ich rozliczają. A rozliczani są nie z tego jak służyli wyborcom, lecz z tego, czy byli posłuszni szefowi partii.

Konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej: Art. 4.

Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu.

Dziwne. Ani słowa o liderach partyjnych…

 
 
 

Wracając do tu i teraz wiadomość z dziś: Policjanci zajmujący się zwalczaniem przestępczości gospodarczej z Komendy Stołecznej Policji wraz ze swoimi kolegami z Wołomina zlikwidowali w podwarszawskiej Zielonce nielegalną szwalnię. Podrabiano tam markowe ubrania wszywając i wklejając metki znanych firm. Łączna wartość zabezpieczonych przedmiotów wynosi co najmniej 50 tysięcy złotych.

Zdumiewające. ACTA ledwo co pod osłoną nocy podpisane, jeszcze nie ratyfikowane, a mimo to walka z podróbkami jest możliwa. Musi cud.

Dodaj komentarz