Bajki domorosłych

Telewizja jednego widza emituje regularnie program zwany „Krzywe zwierciadło”. Program prowadzi bogato ilustrowany Kuba Wątły, który poglądy ma równie wyraziste jak tatuaże. Do programu jednakowoż nie zaprasza celebrytów i polityków, lecz osoby z tytułami naukowymi. To jednak niczego nie gwarantuje i wcale nie oznacza, że będzie mądrzej niż u Moniki Olejnik. Czasem bywa wręcz zdumiewająco, a nawet straszno. Kuba Wątły albowiem ma to do siebie, że wszystkich nie podzielających jego poglądów ma za durniów, więc zaproszeni goście dwoją się i troją by na jednego z nich nie wyjść.

By nie być gołosłownym posłużmy się przykładem pani politolog Moniki Miszczak, która współpracowała swego czasu z antyradiem, ale ślady tej współpracy zostały Moved Permanently. Pani politolog jest przez pana redaktora często traktowana z przymrużeniem oka, a bywa, że z pewną dozą lekceważenia. Ale nie ona jedna — z mniejszą lub większą dezynwolturą pan Kuba traktuje wszystkie zaproszone kobiety. W zaistniałej sytuacji pani politolog nie miała innego wyjścia jak zgodzić się z prowadzącym, że rezydenci mają rację, a ich postulaty nie tylko są słuszne, ale i zasadne. Ten zgodny z oczekiwaniami pogląd uzasadniła następująco: Ja widziałam wczoraj wyliczenie. Jedna pani doktor podzieliła swoją wypłatę przez liczbę pacjentów miesięcznie, którą przyjmuje i okazało się, że na jednego pacjenta dwa pięćdziesiąt. Zapewne gdyby do tego dodać pacjentów odprawionych z kwitkiem kwota byłaby jeszcze bardziej porażająca. Czego to jednak dowodzi skoro ja też widziałem wczoraj wyliczenie. Jedna pani kasjerka podzieliła swoją wypłatę przez liczbę klientów miesięcznie, którą obsługuje i okazało się, że na jednego klienta dwadzieścia dwa grosze, a bywają miesiące, na przykład grudzień, że dwanaście. Jeden pan bóg wie dlaczego kasjerki nie rozpoczęły jeszcze protestu głodowego.

W innym programie adiunkt w Kolegium Analiz Ekonomicznych Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie młody dr Artur Bartoszewicz uśpił czujność prowadzącego zgadzając się z nim, po czym oznajmił, że wrzucanie pieniędzy do czarnej dziury jaką jest obecny system ochrony zdrowia niczego nie zmieni i niczego nie uzdrowi. Bo ten system wchłonie bez śladu każde pieniądze. Na dodatek dziwnie zaczyna być zaraz po szkole. Otóż Bartoszewicz, Miszczak, Wątły i Wy, drodzy Czytelnicy a wraz z Wami wszyscy podatnicy najpierw fundujecie ciężkie studia medyczne wybranym, czyli tym, którzy dostali się na medycynę. Następnie wszyscy finansujecie przez kilka lat darmową siłę roboczą dla placówek medycznych, czyli rezydentów — ich pensje w całości pokrywa budżet.

A miało być tak (za Polityką):

Wprowadzona przez rząd Jerzego Buzka w styczniu 1999 r. reforma służby zdrowia zakładała m.in., że pieniądze na działalność otrzymywać będą te szpitale i przychodnie, które będą cieszyć się największym powodzeniem wśród pacjentów. Nierentowne placówki miały zostać zlikwidowane. Na dobry początek wszystkie oddłużono – Skarb Państwa przejął ponad 7 mld zł ich długów. Jednak mimo że średnie obłożenie wszystkich szpitalnych łóżek w kraju wynosiło zaledwie 70%, nigdy nie zdecydowano się na to, by płacić tylko najlepszym placówkom. Pieniądze dostawały wszystkie – i wszystkie za mało. Większość szpitali natychmiast zaczęła zadłużać się na nowo. Na koniec 2001 r. miały znów 5,3 mld zł długów.

Potem władzę objął SLD. Tow. Łapiński szybko wywrócił rynkową reformę, choć specjaliści przestrzegali, że rozwiązania rodem z realnego socjalizmu spowodują odpływ lekarzy i zapaść finansową systemu. Nie tylko towarzysze pozostali głusi na te ostrzeżenia. W 2005 roku władzę objęła partia prawicowa, której jednym z punktów programu wyborczego była likwidacja NFZ. Jednak zamiast zlikwidować socjalistyczny monopolistyczny twór, obsadziła go tylko swoimi ludźmi. Niecałe dwa lata później, w czerwcu 2007 roku doszło do pierwszego większego protestu w służbie zdrowia znanego jako „białe miasteczko”. Zaś handel długami szpitali stał się doskonałym interesem.

Wkrótce potem do władzy doszła kolejna partia prawicowa, która mieniła się liberalną. Także miała w programie likwidację NFZ i także w sprawie służby zdrowia nie kiwnęła palcem. Wymieniła jedynie funkcjonariuszy zainstalowanych przez poprzednią ekipę na własnych. Gdy systemowi groziła zapaść stworzono posadę dla członka SLD, tow. Arłukowicza Bartosza, co pozwoliło mu po wyborach zostać ministrem zdrowia i z całą determinacją wdrażać nowatorskie rozwiązania w handlu lekami i w zasadach refundacji. Nowatorstwo rozwiązań polega chociażby na zakazie… oferowania medykamentów po niższej cenie. Teraz Bartosz Arłukowicz tokuje wokół głodujących rezydentów niczym cietrzew w rui pokrzykując, pohukując, pouczając i łając czynniki partyjno-rządowe. Może któryś ze strajkujących zlituje się nad nim i zapyta dlaczego mądry jest gdy już nie jest ministrem, a jak był, to nie był? I jaka gwarancja, że znowu nie zgłupieje jeśli jakimś cudem ponownie zostanie?

Ponieważ Polacy uwielbiają bajki, więc serwuje się im je w ilościach hurtowych. Jedna z nich głosi, że jeśli rezydenci zaczną godnie zarabiać, to wyśpią się, dzięki czemu pacjenci także lepiej się poczują, a niektórzy, kto wie, może nawet szpital opuszczą o własnych siłach. Z drugiej strony ci sami ludzie,  którzy kolportują tę bajkę ostrzegają jednocześnie, że jak rezydenci przestaną pracować na dziesięciu etatach, to nie będzie kim obsadzić etatów. To oznacza, że jeśli rząd ugnie się i przyzna rezydentom podwyżki, a oni zwolnią tempa, to nie będzie miał kto leczyć. Innymi słowy różnica między strajkiem lekarzy a pracą na jeden etat polega na tym, że z wielu placówek z dnia na dzień zwiększy się liczba pustych gabinetów, w których nikt nie przyjmuje.

Aż dziw bierze, że Rainier odwołuje loty zamiast zatrudnić pilotów na dyżurach czy skłonić do podpisania klauzuli opt-out. Co prawda na dzikim zachodzie takie praktyki są nielegalne, ale nie w cywilizowanej Polsce. Dzięki temu piloci mogliby dorobić do głodowych pensji, a przewoźnik nie musiałby odwoływać lotów.

Dodaj komentarz


komentarzy: 2

  1. Zrobienie porządku w służbie zdrowia wymaga dysputy, rozważania wariantów za i przeciw złożonym propozycjom. W debatach powinni brać udział medycy, ale i pielęgniarki, ale i wszystkie zawody około medyczne. Także dietetycy. W dysputach powinni wziąć udział specjaliści od zarządzania szpitalami.

    A najszybciej należy rozwiązać problem tzw.lekarzy domowych. Bo ich „praca” to jedno wielkie oszustwo. Chorzy są w przychodniach traktowani jak natrętne śmiecie. Co jest upokarzające szczególnie dla osób starych, które składki zdrowotne płacili i nadal płacą – tak już przez kilkadziesiąt lat. A nie mogą otrzymać skierowania na kontrolne badania, bo to ubytek z kieszeni „lekarza”
    Jest jeszcze sprawa diagnostyki. Powinny być wydzielone opłaty w szpitalnych wydziałach, gdzie będą przeprowadzane badania. A nie leczenie „na wyczucie” Jest sprawa chorób, które są epidemią, a nie są zakaźne. To cukrzyca i choroby tarczycy. Konieczne jest by prowadzić badania przesiewowe – darmowe. Bo to ewentualne leczenie przyspiesza. W Polsce nie istnieje coś takiego jak ZAPOBIEGANIE CHOROBOM!!!!

    Może ta propozycja wyda się nieciekawa, ale sugerowałabym dopłacanie do posiłków w szpitalach przez osoby tam leczone. W zależności od rodzaju chorób. To mogłyby być niewielkie dzienne kwoty w wysokości 2-5 zł. Bo to co chorzy dostają do jedzenia……często jest paskudne i ze zdrowym żywieniem nie mające nic wspólnego.

    I jeszcze jeden postulat: zlikwidowanie specjalnych szpitali dla rządzących, posłów itp. Komuna w ich mowach jest paskudna, ale pozostałości PRZYWILEJÓW w niej obowiązujących dla waadzy są PIĘKNE I NALEŻNE.

    1. W radiu łamaną polszczyzną Agata Kowalska prowadzi rozmowę (która według niej jest dyskusją) z pielęgniarką i młodą lekarką. Młoda lekarka błyskotliwie zauważyła, że lekarzy brakuje. Agata Kowalska nie zapytała, bo za tępa, skąd się w takim razie wezmą po podniesieniu apanaży rezydentom. Pielęgniarka z kolei przekonywała, że się należy. Agata Kowalska nie zapytała, bo za tępa, czy pielęgniarka zgodziłaby się by ją operował rezydent, któremu się należy, bo na studiach uczył się jak odróżnić trzustkę od śledziony.