Chorobowe zwolnienia grupowe

Wczoraj przez eter (przynajmniej radia Tok FM) przetoczyła się dyskusja na temat kobiet w ciąży. Okazuje się, iż owe kobiety po zajściu idą na zwolnienie. A jak już na tym zwolnieniu przebywają, to nie świadczą pracy narażając przedsiębiorcę na straty. Przez cały dzień nikt w radio nie zwrócił uwagi na fakt, że w ten sposób rząd walczy z jednej strony z bezrobociem, a z drugiej z niskim przyrostem naturalnym. Jak to!? – zapyta ktoś ze zdziwieniem. I słusznie się zdziwi, choć odpowiedź jest prosta jak tok myślenia większości polityków. Otóż rozwiązanie, które na barki przedsiębiorcy przerzuca finansowanie choroby pracownika (przez pierwsze 33 dni) sprawia, że przedsiębiorcy chętniej zatrudniają i niechętnie zwalniają. Bzdura? Owszem. Ale dlaczego ZUS ma pobierać składki i wypłacać zasiłek chorobowy, skoro może pobierać składki i nie wypłacać? A rząd? A rząd nie po to stwarza problemy, żeby je rozwiązywać, ale żeby z nimi walczyć.
Cały wpis

Lepsza jest śmierć niż przykre życie i lepszy wieczny odpoczynek niż stała choroba

Co się stanie jeśli spróbuje się na morzu kapitalizmu wybudować wyspę socjalizmu? Nic wielkiego – ludzie po prostu będą przymierać głodem, będzie brakować wszystkiego, łącznie z papierem toaletowym i chlebem. Kuba, a zwłaszcza Korea Północna jest tego najlepszym dowodem. Czego jednak dowodem jest tworzenie wyspy realnego socjalizmu w kraju od dwóch dekad budującym kapitalizm i rządzonym od dwóch kadencji przez partię liberalną w koalicji z chłopską?

Tow. Łapiński z poparciem tow. Millera i tow. Kwaśniewskiego cofnął reformę służby zdrowia dostosowującą ją do działania w warunkach gospodarki wolnorynkowej. Powstała pierwsza duża oaza realnego socjalizmu. Towarzysze siegnęli po stare, sprawdzone rozwiązania. Na przykład kontraktację trzody chlewnej przekształcili w tak zwaną „kontraktację usług medycznych”. Dzięki temu znowu możemy słyszeć o „klęsce urodzaju”, w tym przypadku określonej eufemizmem „nadwykonania”, bo zwiększony popyt to dla socjalistycznej placówki tragedia i straty.
Cały wpis

Trzeba z żywymi naprzód iść…

Patriota to według słownika języka polskiego «człowiek kochający swoją ojczyznę, gotów do poświęceń dla niej». Dotąd wszystko jasne. Odtąd jednak następuje rozdwojenie jaźni, albowiem ojczyzna to «kraj, w którym się ktoś urodził, którego jest obywatelem lub z którym jest związany więzią narodową». Ojczyzna to więc albo terytorium, albo wspólny język.

Czy można kochać obszar lądowy ograniczony granicami? Poświęcać się dlań? A ludzi? Tylko dlatego, że posługują się tym samym językiem? W ogóle co znaczy poświęcać się dla ojczyzny dziś, w epoce globalizacji, gdy tekst napisany na jednym biegunie dostępny jest natychmiast na drugim? Gdy nieznajomość angielskiego, który powoli staje się językiem światowym ogranicza i wyklucza z międzynarodowej społeczności? Jaki sens ma patriotyzm „terytorialny” czy „narodowościowy”, skoro wiele zjawisk, jak choćby ocieplenie klimatu, dotyczy całej ludzkości? Gdy konflikt w jednym regionie odbija się na innych? Czy patriotą jest ten, kto rzucił się ze scyzorykiem na czołg i zginął, czy ten, kto uciekł, przeżył i upomniał się o swoje, gdy się wzmocnił i uzbroił?
Cały wpis